KTOŚ NA GÓRZE MNIE NIENAWIDZI




Czytaliście może książkę OSKAR I PANI RÓŻA? Jeśli tak, to mieliście przyjemność poznać wygadanego dzieciaka, który postanowił zrobić psikusa swemu losowi i doświadczyć pełni życia w ciągu bardzo krótkiego czasu, jaki mu jeszcze pozostał. Po lekturze powieści Hollis Seamon nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby Oskar żył parę lat dłużej, pewnie byłby kimś na podobieństwo Richie'go Casey'a, bohatera KTOŚ NA GÓRZE MNIE NIENAWIDZI.

"Nigdy tego nie mogą pojąć. Przecież jestem za młody, żeby tu być, więc w czym rzecz? Wygląda to następująco. Oni pytają mnie: "Co tu robisz?" Co ci dolega, synu?", a ja odpowiadam: "Mam zespół KNGMN." Wtedy na ich twarzach pojawia się pustka i mówią coś w stylu: "Hm?", a ja powtarzam: "Zespół KNGMN, to akronim." Niektórzy z nich nie wiedzą, co to akronim, więc czekam chwilę i tłumaczę: "Ktoś Na Górze Mnie Nienawidzi.""

Richie ma niespełna 18 lat, za sobą pół życia spędzonego w szpitalach, kilka operacji, chemie, naświetlenia. Stracił już włosy, większość masy mięśniowej, kilka organów, słabnie mu wzrok. Ale wciąż ma jeszcze poczucie humoru. Nadal też jest facetem z typowo chłopackimi fantazjami i jak każdy inny chłopak, pragnie doświadczyć wszystkiego tego, do czego dążyłby, gdyby był zdrów. W hospicjum poznaje inną pacjentkę, nieco młodszą od siebie Sylvie, razem z którą dostarczają personelowi oddziału nie lada kłopotów. I nie kończy się na łamaniu zakazów i psoceniu. Zauroczeni sobą, a może i zakochani, mają znacznie poważniejszy plan - chcą wyprzedzić stojącą już za progiem kostuchę i wzajemnie się rozdziewiczyć. Znajdują nawet w tych zamiarach kilku sprzymierzeńców, ale nie brak i przeszkód, z których największą jest ojciec Sylvie, pilnujący jej jak Cerber. Determinacja nastolatków okazuje się jednak silniejsza - choć obojgu przyjdzie za to drogo zapłacić...

KNGMN to historia, która toczy się w większości między ścianami  szpitala i u
kazuje, że nawet w umieralni, jaką w naszym wyobrażeniu jest hospicjum, toczy się życie, i to czasem bardzo burzliwe, zawiązują się przyjaźnie i miłości. Fabuła rozgrywa się w niewiele ponad tydzień, ale jest to tydzień w życiu Richie'go, który jest narratorem tej książki, niezwykle bogaty w wydarzenia, łącznie z szaloną imprezą halloweenową i pierwszym seksem.

 "Jutro nie jest dla mnie czymś, czego mam w nadmiarze."

Richie to bohater, który od początku budzi mnóstwo ciepłych uczuć. Poznajemy go bardzo dobrze dzięki swobodnej, prowadzonej na luzie narracji, kiedy opowiada nam o kolejnych wydarzeniach. To wspaniały, dzielny chłopak, który przez pryzmat swej choroby zupełnie inaczej odbiera życie i istotne w nim kwestie. Co uderzyło mnie najbardziej w jego postaci, to brak zgorzknienia. Nie można powiedzieć, by żył nadzieją, jest na to zbyt inteligentny; ale nie ma w sobie tej goryczy, jaka towarzyszy zwykle kompletnemu zwątpieniu. Od czasu do czasu daje upust pewnym pretensjom do Kogoś Na Górze, że tak go urządził, ale robi to raczej na wesoło; nieodparcie śmieszy także sposób, w jaki uparcie opędza się od duchownego. Wzruszył mnie natomiast, i to bardzo, troską o swych skłóconych ze sobą bliskich, obmyślając jak wykorzystać swoją chorobę, by ich ze sobą pogodzić.
 

"Wszyscy mają problemy, wiesz? Cały świat jest smutny i popieprzony. Ludzie cierpią, każdy cierpi. Pojmujesz? Czy nadal myślisz, że tylko ty jeden? Zdaje ci się, że zostałeś wybrany?"

Być może wcześniej, nim trafiliście na tę recenzję, podejrzewaliście, że KTOŚ NA GÓRZE MNIE NIENAWIDZI to smętna, przygnębiająca książka o umieraniu, przez którą ciężko będzie przebrnąć. Jeśli tak było, to chyba zdołaliście się już przekonać, że wcale tak nie jest. Opowieść Richie'go oczywiście ma w sobie ogromny ładunek emocji, ale są to emocje mimo wszystko niesamowicie pozytywne. Czytając o jego perypetiach będziecie się śmiać, śmiać przez łzy, a nawet płakać, jednak nie znajdziecie tu użalania się nad sobą i roztkliwiania się nad swym losem. To nie jest historia nastawiona na wzbudzenie w was litości. Nie da się, rzecz jasna, ukryć, że dość znaczącą jej bohaterką jest wyjątkowo wredne i zawzięte choróbsko, które nie odpuszcza. Ale na pierwszym planie mamy tu równie nieugiętego nastolatka, który w parze z godną siebie wspólniczką postanawia mieć chorobę gdzieś i pożyć jeszcze trochę tak, jakby jej nie było. A my mamy wyjątkową szansę im w tym towarzyszyć i trzymać za nich kciuki, by spełnili swe marzenia.

Ta książka jest dodatkowo o tyle niezwykła, że zainspirowało ją samo życie. Autorka spędziła w szpitalach mnóstwo czasu, opiekując się swym chorym synem. To właśnie lata obserwacji zmagających się z chorobą dzieci, szczególnie nastolatków, zaowocowały historią Richie'go. Były to też na pewno lata osobistych, bolesnych doświadczeń autorki, które niewątpliwie znalazły odwzorowanie w jej książce. I właśnie wątek zrozpaczonych rodziców Richie'go i Sylvie wnosi do tej historii najwyraźniejszą nutę dramatu. Ukazuje, jak bardzo są wycieńczeni i że kompletnie nie radzą sobie z sytuacją, która już dawno ich przerosła. Na tym etapie to ich chore dzieci niosą im pociechę, a nie odwrotnie.

Powieść Hollis Seamon chwyta mocno za serce i pozwala nabrać zdrowego (o, ironio) dystansu do własnych problemów. Pozwala oswoić się z trudnym tematem. Niczego nie upiększa - choroba jest straszna, potrafi wycieńczyć fizycznie i psychicznie, ale w tym przypadku ma godnego przeciwnika - nieposkromiony apetyt głównych bohaterów na życie. Życie, w którym liczy się dosłownie każdy dzień. O czym, będąc zdrowym, po prostu się nie myśli. Czyż nie?
 

Gorąco polecam wszystkim! Jeśli gdziekolwiek rzuci wam się w oczy ta żółto-niebieska okładka, chwytajcie za nią koniecznie!


K T O Ś   N A   G Ó R Z E   M N I E   N I E N A W I D Z I
(SOMEBODY UP THERE HATES YOU)
HOLLIS SEAMON
PRZEKŁAD: MARTA BOGACKA
WYDAWNICTWO LINIA
2017

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Linia oraz @bialaplama.pl

  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz