Nie zazdroszczę ludziom, którzy podróżowali kilkaset lat temu szlakami
morskimi. Szanse na przeżycie takiej wyprawy wyglądają doprawdy kiepsko.
Pomijam już nawet trudy i niewygody , jak choćby zapach takiego statku
po kilku miesiącach rejsu (przeszło wam kiedykolwiek przez myśl, że mógł
po takim czasie cuchnąć jak wychodek?)
DEMON I MROCZNA TOŃ
ROK PRÓBY
Gdybym miała określić "Rok próby" gatunkowo, celowałabym chyba w thriller. Ta młodzieżowa wersja "Opowieści podręcznej" (tak właśnie się ją określa) ma w sobie tyle napięcia, że z powodzeniem dorównuje w wywoływaniu ciarek niejednej "dorosłej" powieści tego rodzaju. Dawno nie czytałam tak nietypowej i jednocześnie tak brutalnej, właściwie nawet krwawej młodzieżówki.
PÓŹNIEJ
Można być fanem Kinga albo nie, ale myślę, że jednego nikt mu nie
odmówi: opowiadać to on potrafi. Mimo, że zaliczyłam z nim parę potknięć
("Historia Lisey" chociażby), moja ciekawość wobec jego powieści nie
słabnie.
"Później" to klasyczny przykład Kinga, który mi "podchodzi" - bez
wymyślnych scenerii czy apokaliptycznych wizji. Rozdziały frunęły jeden
po drugim, nawet nie wiadomo kiedy. Kroiła się obiecująca historia w
przyjemnym, gawędziarskim stylu. Tak się jednak złożyło, że te obietnice
nie do końca zostały tu spełnione.
ŻYWICA
A mogłaby ona zacząć się właściwie całkiem normalnie. Na wyspie zwanej Głowa, w odosobnieniu od innych, w środku lasu, mieszka rodzina Haarderów, od lat trudniąca się wyrobem trumien oraz sprzedażą choinek na święta. Po latach interes przejmuje młodszy syn, Jens. Tyle, że interes wkrótce podupada, sprzedaż ustaje, Jens popada w totalne zaniedbanie, a jego kontakty z ludźmi ograniczają się do niezbędnego minimum.
Kiedy dochodzi do tragedii i córeczka Jensa zostaje uznana za zmarłą, Haarderowie stają się jeszcze większymi odludkami. Ich odizolowanie się we własnym świecie odbierane jest przez ludzi jako potrzeba świętego spokoju. Nikt więc w okolicy tak naprawdę nie wie, jak Haaarderowie się miewają i jak sobie radzą w tej trudnej sytuacji, ani co właściwie dzieje się w domostwie na Głowie i jakie tajemnice w sobie ono kryje. A wierzcie mi, trochę ich jest!
Podczas czytania tej książki towarzyszyły mi emocje podobne do tych, jakie miewam, oglądając horror, patrząc przez palce, bo boję się zobaczyć zbyt wiele. Boję się, choć jednocześnie z niepohamowaną ciekawością oczywiście zerkam!
ŻYWICA to bardzo sugestywnie odmalowany obraz choroby psychicznej i jej przerażających skutków, które dotykają nie tylko chorego, ale również jego bliskich. Na skutek traumy przeżytej w dzieciństwie Jens w dorosłym życiu staje się dziwakiem, by stopniowo zacząć pogrążać się w coraz większym szaleństwie. Popada także w chorobliwe zbieractwo, przez które jego dom i gospodarstwo zamienia się w ogromny śmietnik. Obsesyjny strach Jensa przed utratą czegokolwiek, a zwłaszcza tych, których kocha, doprowadza go do drastycznych decyzji, w których kluczową rolę odgrywa tytułowa żywica.
To co uderza w ŻYWICY, to niesamowita atmosfera tej powieści - lepka, budząca ogromny dyskomfort, a jednak bardzo wciągająca. Świat, który we mnie, przeciętnym czytelniku, budził chwilami grozę czy odrazę, postrzegany z perspektywy córeczki Jensa, nabiera specyficznego klimatu: chwilami charakteru baśni, chwilami sennego koszmaru - który jednak z ciekawością się zgłębia..
Bardzo trudno mi było określić się z uczuciami wobec bohaterów, ponieważ mimo rażących zaburzeń, w jakich Haarderowie tkwią po uszy, jest to szczerze kochająca się rodzina. Ich historia nasuwa jednak pytanie: czy ten dramat miałby rację bytu, gdyby nie ludzka obojętność ukryta pod stwierdzeniem, że lepiej się nie wtrącać?
Szczególne emocje wzbudziła we mnie Liv, która nie ma kontaktu z ludźmi z zewnątrz, nie chodzi do szkoły, nie zna innych dzieci - nie licząc swego brata bliźniaka, z którym wiąże się jedna z najbardziej szokujących niespodzianek w całej książce. Przytłaczająca jest myśl, że Liv bez mrugnięcia okiem akceptuje ten obrzydliwy świat, który stworzyli jej rodzice. Gania po lesie z łukiem, poluje, uczy się od ojca być samowystarczalna. Dla tej dziewczynki dom, tonący w hałdach klamotów, to jedyne środowisko naturalne, w którym czuje się bezpieczna. I w którym, jak przysłowiowa skorupka za młodu, nasiąka niepokojącymi cechami. To dzięki niej zakończenie tej powieści jest tak mocne.
Ta powieść jest niczym królicza nora z mrocznej bajki. I to w pewien przewrotny sposób królicza nora niemal w dosłownym sensie - o czym przekonacie się, jeśli sięgnięcie po tę niezwykłą, dziwną i dość przerażającą książkę. Warto jednak podkreślić, że ta mroczna historia nie jest dla każdego. Co wrażliwszych czytelników może nieźle oszołomić, podsunąć pewne obrazy nie do zapomnienia i nie dać potem spokojnie zasnąć.
OSADA
Niewielka ekipa młodych filmowców jedzie do starej górniczej osady, gdzieś na szwedzkim bezludziu, w której w 1959 roku jednego dnia zniknęli wszyscy mieszkańcy. Zaginął wszelki ślad po dziewięciuset ludziach - nie licząc ukamienowanej martwej kobiety na placu i noworodka, znalezionego w miejscowej szkole.
Główna bohaterka powieści, Alice, to młoda reżyserka, dla której projekt o osadzie może być szczeblem do kariery filmowej. Alice ma osobiste powiązania z tym miejscem. Zresztą, nie ona jedna w tej ekipie.
Filmowcy zamierzają przeszukać zapleśniałą, opuszczoną wioskę, nagrać ciekawy materiał, ale ich wyprawa szybko się komplikuje i przybiera zły obrót. Otacza ich złowroga cisza, wokół pełno miejsc do ukrycia. Już pierwszej nocy widzą tajemniczą postać. W ich krótkofalówkach słychać dziwne głosy i krzyki, na nagranym filmiku ktoś w ukryciu chichocze... Czyżby nie byli tu sami?
Co właściwie stało się w tym miejscu 60 lat wcześniej? Zbiorowa psychoza? Ucieczka?
Liczne retrospekcje przenoszą nas do przeszłości i pozwalają zobaczyć, jak i czym żyła wówczas osada. A z tej historii zaczyna wyłaniać się kluczowa postać - młody, przystojny pastor o niezwykłej charyzmie...
Ależ ta historia ma klimat! Wprost emanuje złowróżbnymi wibracjami. Wędrowanie po opuszczonej wiosce przypomina spacer po polu minowym, tu każdy spróchniały stopień może okazać się pułapką. Dodajmy do tego skomplikowane relacje bohaterów, najeżone wzajemnymi oczekiwaniami i pretensjami, które podsycają poczucie bezbronności i zagubienia.
W "Osadzie" thriller gatunkowo miesza się z horrorem, a niepokojące elementy, którymi autorka gęsto tu częstuje, sprawiają, że chwilami włosy stają dęba. Właściwie do samego końca utrzymuje się w tej książce dziwna atmosfera rosnącego napięcia, pogłębianego pewną dezorientacją, niepewnością co do tego, co jest tu rzeczywiste, a co jedynie wytworem nakręconej wyobraźni. Odniosłam też takie wrażenie, że młodego pastora Mattiasa nie powstydziłby się choćby Stephen King. Na samo wspomnienie o tej mrocznej postaci czuję się nieswojo.
"Osada" ma w sobie skandynawski chłodek i surowość, oraz genialną atmosferę. Sama zagadka zniknięcia mieszkańców nie jest aż tak trudna do rozwikłania, przynajmniej mnie nie sprawiła kłopotu; w pewien sposób odpowiedź nasuwała się sama, wydawała mi się nawet oczywista. Nie powiedziałabym jednak, że jest to rozczarowujące. Coś było oczywiste, czegoś innego nie daje się logicznie wyjaśnić, więc zachowany jest tu pewien balans, dzięki któremu książka i tak potrafi zaskoczyć.
Za zacny, przyprawiający o ciarki całokształt (i za ten znak zapytania, z którym autorka nas pozostawia) należą się Camilli Sten duże brawa.
"Lęk jest zimny i ma długie paznokcie."
SZEPTACZ
Tom, owdowiały pisarz, przenosi się wraz z 7- letnim synkiem Jake'm do miasteczka Featherbank, w którym po tragicznych przeżyciach mają zacząć wszystko od nowa. Ale to miasteczko, z pozoru zupełnie niewinne, nawet urokliwe, nosi mroczne piętno. Niedawno także zaginął tu chłopiec. Jakby tego było mało - dom, który Tom kupił, jest jakiś creepy. Na piętrze parkiet skrzypi czasem znacząco, jak pod czyimiś krokami. Już pierwszej nocy zjawia się też ktoś budzący przerażenie w małym, zagubionym Jake'u, szepcząc chropawo pod jego oknem, by mu otworzył...
Sprawa mordercy małych chłopców, zwanego Szeptaczem, grasującego w miasteczku przed laty, to już przeszłość. A może wcale nie?
Bałam się w tym roku już przy paru książkach, ale z SZEPTACZEM to była naprawdę wyjątkowa jazda. Po pierwszych rozdziałach przyśnił mi się nawet koszmar! Historia ma mocny wstęp, wciągnęła mnie więc już od samego początku, przyprawiając o porządne ciarki i nerwowe zerkanie wieczorem w stronę okna (choć w sumie może lepiej nie patrzeć). Autor niewątpliwie wie, jak napędzić czytelnikowi strachu i osiąga ten efekt wcale nie epatując szokującą dosłownością, stawiając raczej na naszą wyobraźnię. I udaje mu się ją nakręcić na niezłe obroty! Przy tym nie ma tu żadnego odkładania na później i stopniowego budowania napięcia - ono jest obecne od pierwszych stron.
Alex North sięgnął po motywy, które z jednej strony wzruszają, by z drugiej przerazić i zaszokować. Wrażliwy chłopiec, mający przyjaciół niewidzialnych dla innych, trudna relacja ojca z synkiem, motyw mordercy dzieci, ostrzegający przed nim dziecięcy wierszyk, powtarzany ku pamięci, a do tego wręcz oblepiający mrok - wszystko to nadaje tej powieści wyjątkowo niepokojący klimat. Ponieważ ta historia dotyczy dzieci, ma ona w sobie również specyficzny ładunek emocjonalny. A także szczególny charakter, biorąc pod uwagę, jaką rolę odgrywa w tej książce mały Jake. Jest to jedna z tych opowieści, w których dzieci miewają dobre wyczucie, czystsze spojrzenie - zdają się widzieć i wiedzieć więcej niż pragmatyczni i sceptyczni dorośli.
SZEPTACZ jest umiejętnym spojrzeniem w głąb pogmatwanej ludzkiej natury, przy którym można się wzdrygnąć ze strachu. Sprytnie odwołuje się także do naszych największych lęków z dzieciństwa - przed ciemnością i przed złem, które ma w niej jakże dobrą kryjówkę i które potrafi przybrać różne, czasem całkiem niepozorne maski. To nie jest opowieść, która pozwala wierzyć w moc dobra i jego przewagę nad złem. Nie pogłaszcze nas po głowie i nie zapewni, że wszystko będzie dobrze. Wręcz przeciwnie - utwierdzi w przekonaniu, że zło istnieje i jest silne. Muszę też tu dodać, że po wyjaśnieniu wstrząsającej kluczowej sprawy wcale nie odetchnęłam z ulgą. Znacie to uczucie, gdy niby wszystko jest już w książce jasne, a nagle przeszywa Was myśl: Zaraz, zaraz, a co z tym? Tak ma się sprawa także z SZEPTACZEM. Gwarantowana niepewność, która Was długo nie opuści.
SZEPTACZ to absolutny must read na jesień dla każdego fana thrillerów. Jeśli zastanawiacie się, co przeczytać w tym sezonie, koniecznie sięgnijcie po tę książkę, bo zapewnia dokładnie te wrażenia, o które chodzi długim jesiennym wieczorem ;)
Tylko pamiętajcie - zanim zaczniecie czytać, zanim Was całkiem pochłonie, sprawdźcie koniecznie, czy aby na pewno zamknęliście drzwi!
INSTYTUT
Luke Ellis, wybitnie inteligentny chłopiec, który w wieku 12 lat ma szansę iść na prestiżowe studia, zostaje porwany i umieszczony w tzw. Instytucie - ośrodku gdzieś w lasach Maine, gdzie trzymane są dzieci ze zdolnościami telepatii i telekinezy. W Przedniej Połowie tegoż przybytku dzieci przechodzą badania. W Tylnej - do której potem trafia każde z nich - ich los jest nieznany. Luke zaprzyjaźnia się z kilkoma dziećmi i poznaje prawdę o tym tajemniczym miejscu. Więź z Kalishą, Averym, Nickiem i George'm oraz nieuchronność tego, co ich wszystkich wkrótce czeka, popycha go w końcu do desperackiej próby ratunku.
Wraz z pierwszymi opiniami o tej książce pojawiły się stwierdzenia, że King posiłkuje się w niej sukcesem serialu Stranger Things; a z drugiej strony - że to właśnie serial korzysta pełnymi garściami z Kinga. Znam serial, ale pamiętając świetny film Stand By Me podejrzewam, że rozstrzygnięcie tej kwestii byłoby raczej na korzyść Kinga ;) Motyw z dziećmi w rolach bohaterów po prostu się sprawdza, porusza i angażuje emocjonalnie. I nie inaczej jest w przypadku INSTYTUTU.
W INSTYTUCIE mamy do czynienia z solidnie, konstruktywnie zbudowaną historią z galerią ciekawych, dobrze wykreowanych dziecięcych postaci. Oczywiście są tu również dorośli - jednym z głównych bohaterów jest Tim, od którego przypadkowej decyzji, jak się później okazuje, zależy bieg fabuły w jednym z jej najważniejszych momentów. Ale nikogo chyba nie zdziwi, że to dzieci skupiają na sobie w tej historii gros uwagi. Luke, Avery (moim zdaniem istny czarny koń tej opowieści) i ich przyjaciele - wyrwani ze swych rodzin, pozbawieni złudzeń i niewinności, mają przeciwko sobie całą armię bezdusznych dorosłych. I tylko kilku sprzymierzeńców wśród nich, których na dodatek muszą rozpoznać, nie mogąc popełnić błędu - zaufanie niewłaściwej osobie może kosztować życie. Czy dzięki swej inteligencji i zdolnościom uda się im pokonać zło, które może mieć wręcz globalny zasięg?
Książka ma dobry, iskrzący napięciem klimat, a jej fabuła intryguje, momentami wstrząsa i przyprawia o ciarki. Było też emocjonująco, nawet do łez. Co ciekawe, fabuła pozostawia margines niepewności co do tego, kto tak naprawdę stoi za tytułowym Instytutem, jego celami i działaniami, i skłania do niewesołych refleksji odnośnie współczesnych zagrożeń, których jakże często nie jesteśmy świadomi.
Akcja powieści jest dość wartka, więc książkę, choć to kawał grubaska, czyta się szybko, bez grama znużenia. Wręcz pożera się ją, przeżywając z nią rodzaj groźnej, acz wciągającej przygody. Pod sam koniec napięcie trochę siada. Kogo jak kogo, ale Stephena Kinga z jego wyobraźnią stać było na coś więcej, niż masowy odstrzał postaci dla przerzedzenia towarzystwa. Zapachniało to trochę pójściem na łatwiznę.
Nigdy nie zastanawiałam się nad fenomenem Kinga, ale go chyba rozumiem. Wciąż pamiętam wrażenia z lektury pierwszej jego książki, jaką przeczytałam, kiedy byłam jeszcze nastolatką - była to MISERY. W tym roku w końcu sięgnęłam po ZIELONĄ MILĘ, nad którą spłakałam się niemal tak, jak oglądając film. INSTYTUT czytało się świetnie i myślę, że będzie odtąd jedną z moich ulubionych książek Kinga. Jestem pod wrażeniem (chyba niewyczerpywalnej!) twórczej formy tego autora. I mimo, że nie ze wszystkim, co dotąd poznałam, do mnie trafił, zawsze chętnie sięgnę po inne jego książki.
"Małe dzieci bez towarzystwa zwykle boją się ciemności. Duże zresztą też, chociaż większość wolałaby się do tego nie przyznawać."
KTOŚ MNIE OKŁAMUJE
Tu mogłabym zacząć słowami: A było to tak :D
Cierpiąca na agorafobię i nie wychodząca ze swego pokoju Tessa poznała na Twitterze chłopaka, z którym zaczęło ją sporo łączyć, a który okazał się potem ni mniej, ni więcej, a jej idolem, gwiazdą muzyki pop, Erikiem Thornem (wyobraziłam go sobie jako połączenie Justina Biebera z Shawnem Mendesem XD). Celebryta szukał w internecie ucieczki od ciążącej mu sławy i śledzących jego poczynania fanów. W Tessie znalazł powierniczkę, przyjaciółkę, a z czasem dziewczynę swych marzeń. Jak się jednak okazało, ona również miała swego prześladowcę, który coraz bardziej ją osaczał.
Jeśli czegoś odnośnie pierwszego tomu jestem pewna, to tego, że niewątpliwie dużo się w nim działo. W tej części również nie brak burzliwych wydarzeń, myślę jednak, że jest tego trochę mniej, choćby dlatego, że Tessa i Eric są już parą. Czeka ich jednak niejedna trudna próba. Tu parę słów o dość nietypowej fabule. Przeplatana jest bowiem wpisami na portalach społecznościowych i policyjnymi stenogramami z przesłuchań bohaterów, co nadaje jej dynamizmu i podkręca napięcie.
Każdy, kto zetknął się choćby przelotnie z jakimkolwiek fandomem, zapewne wie, że życie celebryty to nie tylko luksusy i niekończąca się zabawa; że ma ono swoje mroczne strony, a za sławę płaci się ogromną cenę, tracąc prywatność. Jak daleko można się posunąć, chcąc wyrwać się ze szponów mediów, które przecież kreują wizerunek celebryty? Decyzja Erica, którą poznajemy już na wstępie, dała mi serio do myślenia. Zwłaszcza, że pada tam również kilka autentycznych nazwisk.
Historia ukazuje jednak zagrożenia, tkwiące tak w sławie, jak i w portalach społecznościowych, które potrafią mieć ogromny wpływ na życie każdego z nas, bez względu na to, kim jesteśmy - jeśli tylko dysponujemy klawiaturą i dostępem do internetu. Uzależnienie od mediów, zhakowane i fejkowe konta, stalking, cyberprzemoc - to tylko część mrocznej strony życia w sieci. Trochę przerażający jest też wizerunek ludzi, którzy, siedząc non stop w mediach, w fanowskiej króliczej norze, śledzą każdy ruch swego idola - gotowi w każdej chwili do natychmiastowej reakcji i błyskawicznej przeróbki zdjęć na memy.
Książka zaskoczyła mnie oryginalnym tematem, odbiegającym od typowych młodzieżówek. Jest też wręcz naszpikowana napięciem, bo Tessie i Ericowi trudno jest zbalansować kryzysową sytuację. Prześladowca Tessy nadal ją tropi. Celebrytę zaś chroni przed pogrążeniem się cały zarabiający na nim sztab; skąd więc to ciągłe poczucie zagrożenia? A może ktoś go okłamuje?
Ja powiem szczerze: wciągnęła mnie ta nietypowa historia. I mam teraz poważny niedosyt z powodu braku znajomości pierwszej części!
NIE POZWÓL MU ODEJŚĆ
Aż tu nagle po 3 latach Zoe otrzymuje dziwnego maila, że to wcale nie był wypadek, a ona powinna w końcu poznać prawdę. Potem sypią się anonimowe smsy podobnej treści, sugerujące, że ktoś się do tego wszystkiego przyczynił.
Skołowana i naturalnie przerażona Zoe próbuje pojąć, kto jest nadawcą dziwnych, mściwych w treści wiadomości i jaki ma w tym cel. Szukanie tropu, który mógłby ją doprowadzić do rozwiązania zagadki, sprawi, że odkryje sekrety, które mogą zniszczyć wszystko, co jej jeszcze po tragedii zostało. Wygląda na to, że każdy ma coś do ukrycia. Nawet ci, których, jak myślała, zna na wylot...
Powieść dotyka bardzo dramatycznej i bolesnej kwestii utraty dziecka, i wszystkiego co się z tym wiąże: bezgranicznego cierpienia, okresu żałoby, w której trudno znaleźć jakiekolwiek ukojenie, rozpaczliwego obwiniania siebie i innych za to, co się stało. Zarówno Zoe, jak i jej mąż Jake, czują, że zawiedli jako rodzice i nie mogą sobie tego wybaczyć. To wszystko znajduje żywe odzwierciedlenie w tej książce. Nawet troska i zainteresowanie okazywane starszemu synowi, nie sprawiają, że jest im lżej. Zadręczają się myślą, czy można było tej tragedii w jakiś sposób uniknąć. Czy gdyby byli bardziej czujni, mniej liberalni, chłopcy nie wymknęliby się nocą z domu?
Jednocześnie mnożą się pytania, na które nikt nie potrafi jasno odpowiedzieć. Jaki chłopcy w ogóle mieli cel, by iść nad rzekę? Albo czy aby na pewno byli tak zżytymi przyjaciółmi, na jakich wyglądali?
Tajemniczy dręczyciel, kimkolwiek jest, podsuwa insynuacje, które jeszcze zagęszczają niezdrową atmosferę, a potem powodują lawinę nieprzewidzianych konsekwencji.
Ta historia, oparta na rodzinnym dramacie, intryguje już od pierwszych stron. Przedstawiona z kilku perspektyw, w tym także perspektywy osoby, która najprawdopodobniej jest najbliżej prawdy, serwuje emocjonalną huśtawkę, która chwilami wręcz zapiera dech. Przyczyna tragedii kryje się pod warstwą kłamstw, pozorów i przemilczanych sekretów, a sytuacja, w jakiej nagle ląduje bohaterka, dowodzi, że mogą się one pojawić nawet w najlepszych relacjach.
"...zawsze jest lepiej stawić czoło temu, co się dzieje, niezależnie od tego, jak to może być bolesne, bo inaczej wcześniej czy później wróci, żeby ugryźć człowieka w tyłek."
NIE POZWÓL MU ODEJŚĆ, jak na powieść swego gatunku, bardziej intryguje i szokuje, niż przyprawia o dreszcz. Ale ma w sobie wszystko, czego potrzeba w dobrym thrillerze psychologicznym, poprowadzonym z dużym wyczuciem i wrażliwością, w którym prawda pozornie tkwi gdzieś głęboko, a w rzeczywistości bohaterowie niemal się o nią potykają. Nie trzeba mieć wybitnego wyczucia, by po drodze domyślić się z grubsza, o co może chodzić, nie przeszkadza to jednak ani trochę śledzić z zaangażowaniem i w napięciu dalszego biegu wydarzeń. Wielka w tym zasługa świetnie wykreowanych bohaterów: takich, z którymi łatwo poczuć więź, których chciałoby się chronić, oszczędzić im niejednego; lub wręcz przeciwnie - takich, których miałoby się ochotę udusić gołymi rękoma (albo chociaż zgłosić natychmiast na policję).
Lektura tej powieści w zasadzie napawa smutkiem, lękiem i niepewnością. Fakty, które w końcu wychodzą na jaw, są brutalne, dramatyczne i zamiast rozproszyć bolączki bohaterki, jeszcze dodają temu dramatowi wyjątkowej ciężkości. Mamy tu do czynienia z historią, która w sumie niestety przeczy powiedzeniu, że lepsza najgorsza prawda od kłamstwa.
Nie czytałam wcześniej żadnej z czterech powieści Kathryn Croft, jakie się u nas ukazały, więc chyba najwyższa pora naprawić ten błąd. Autorka kupiła mnie świetnym piórem i zmysłem fabularnym, ale przede wszystkim pełną niepokoju i napięcia historią, która pozostawia po sobie silne wrażenie. Mam ogromną chęć poznać jej wcześniejsze książki. I na pewno przeczytam każdą kolejną.
"Nic nie ma sensu, gdy traci się dziecko. Wszystko się zmienia i człowiek staje się zupełnie inny."
29 SEKUND
Komu nie zdarzyło się czasem pomyśleć o kimś szczególnie niewygodnym, że lepiej by było... jakby go nie było? To właśnie na gdybaniu tego rodzaju, z pozoru całkiem niewinnym, opiera się fabuła tej książki.
Sarah pracuje na uniwersytecie i wychowuje dwójkę dzieci. Jej mąż, aktor, to niebieski ptak, na którego nie ma co liczyć; wyjechał, gzi się z kochanką i nawet nie dzwoni.
Pewnego dnia Sarah przez zupełny przypadek ratuje z dziwnych opresji małą dziewczynkę. Okazuje się, że ojciec dziecka - nazwijmy go bardzo wpływowym biznesmenem - powodowany własnym niezłomnym kodeksem honorowym, chce się jej za to odwdzięczyć. I to w najlepszy znany mu ze sposobów. Może mianowicie sprawić, że ktoś, kogo Sarah chciałaby pozbyć się ze swego życia, naprawdę zniknie.
Każdy ma kogoś do odstrzału ;)
Sarah również. I bynajmniej nie chodzi tu o jej niewiernego, bezmyślnego męża czy gderliwą sąsiadkę, marudzącą na jej kota.
Upiorem, uprzykrzającym życie Sarah jest jej przełożony, chluba uniwersytetu, znany i uznany profesor Lovelock, który dalszą jej karierę warunkuje od tego... czy Sarah się z nim prześpi. Ten wredny, pewny siebie facet molestuje ją i zdaje się być nietykalny; żadne skargi na niego nie będą potraktowane poważnie.
"Można grać czysto, ale to żadna gwarancja sukcesu. Jeśli przeciwnik brodzi w rynsztoku, czasem trzeba zniżyć się do jego poziomu, żeby zadać ostateczny cios."
Jak w tej sytuacji nie rozważyć propozycji, by ktoś taki raz na zawsze odszedł z jej życia? Jedna szybka decyzja i uciążliwy dziad zniknie. Oferta ma krótki termin ważności, a pod wpływem impulsu łatwo zadzwonić gdzie trzeba.
Tylko co dalej? Jak z tym żyć? I czy da się o czymś takim zapomnieć?
Nie czytałam wcześniejszej, debiutanckiej powieści tego autora, nie byłam więc pewna, czy między nami zaskoczy, ale moje obawy szybko się rozwiały. 29 SEKUND to książka z zacną intrygą, która od początku obiecuje napięcie i tego słowa dotrzymuje, wciąga, a brak dłużyzn sprawia, że strony dość szybko mkną jedna za drugą. Nie obeszło się jednak bez paru poślizgów. Kuluary uniwersyteckiej kadry, szczerze mówiąc, wydały mi się średnio pasjonujące i tutaj wkradało się odrobinę nudy. Natomiast moje drugie ale dotyczy rozwiązania sytuacji, która podkręciła ciśnienie do oporu. Następujący po niej plot twist zdecydowanie pasowałby do komedii - ale czy aby na pewno do thrillera? Chyba, że był to celowy element humorystyczny, który miał częściowo rozładować kumulację nerwów.
Podobał mi się charakter głównej bohaterki. Byłam pełna podziwu, jak ogarnia pracę i samotne wychowywanie dwójki małych rozrabiaków, mając do pomocy tylko swego ojca. To silna, ambitna kobieta, która nie godzi się na niesprawiedliwość, odwołuje do kobiecej solidarności, i która chce i potrafi zawalczyć o swoje. Nie kleiło się to jedynie z dziwną sytuacją z jej mężem, którego powinna, delikatnie ujmując, dawno kopnąć w cztery litery.
Z lektury 29 SEKUND nasuwa się smutny wniosek, że uczciwość jest już chyba jakimś przeżytkiem. Zachowując się fair i mając moralne skrupuły nie ma co liczyć na wygraną. Ba, nawet na utrzymanie się na powierzchni. A kobieta, choćby nie wiem jak zdolna, zawsze będzie miała pod górkę - mało tego, że postrzegana jako słabsza, to jeszcze często jako łatwy obiekt seksualny.
Moje pierwsze spotkanie z T.M. Loganem należy do zadowalających i narobiło mi apetytu na przeczytanie jego poprzedniej książki. 29 SEKUND nie powaliło mnie co prawda na kolana, chwilami odrobinę nużyło, jednak z drugiej strony okazało się thrillerem z prawdziwą klasą, dostarczyło w nagrodę za cierpliwe czytanie sporo wrażeń na dobrym poziomie i świetne, efektowne zakończenie, które przynosi poczucie solidnej satysfakcji.
"Każdy ma kogoś, kogo chciałby ukarać. Każdego gryzie poczucie niesprawiedliwości."
CZŁOWIEK Z LASU
Po 16 latach Sadie nagle wraca i próbuje naprawić rodzinne relacje. Sądzi, że jej córce nic już nie grozi. Czy jednak tajemniczy i złowrogi Człowiek z lasu, prześladujący Sadie od dzieciństwa, rzeczywiście odpuścił?
"Ciekawa sprawa z tym zaufaniem - stale potrzebuje zapominania, wymazywania."
CZŁOWIEK Z LASU jak na debiut, podobnie jak KREDZIARZ C.J. Tudor, z którym w jakiś sposób mi się kojarzy, jest książką wyraźnie przemyślaną, dobrze napisaną i bardzo udaną. Ta historia, opowiedziana z kilku perspektyw, wzbogacona o niejednoznaczne portrety psychologiczne bohaterów, mocno wciąga i trzyma w napięciu, praktycznie nie dając się odłożyć.
Choć akcja powieści w większości toczy się współcześnie, jej kanwą są dziwne wydarzenia sięgające dzieciństwa Sadie, które mają lepki posmak bardzo mrocznej baśni. Jest takie pełne przestrogi powiedzenie: Uważaj, czego pragniesz, bo może się spełnić. Ma ono w tej książce decydujące znaczenie. Zainteresowania i pragnienia nastoletniej Sadie i jej koleżanek z jakiegoś powodu (nudy? brak zajęcia? szukanie wrażeń?) skupiły się na czarnej legendzie, która pozwalała im poczuć się wtajemniczonymi i wyjątkowymi.To właśnie ich uczynki pociągną za sobą dramatyczne konsekwencje.
Fabuła wybiega też nieco do przodu za sprawą 18-letniej już Amber i okropnego czynu, jakiego się dopuściła. Od początku wiadomo, że nastolatka, którą poznajemy jako istną medialną sensację, została dopiero co oczyszczona z zarzutów popełnienia morderstwa. Do samego końca jednak nie wiadomo, kogo ani dlaczego miałaby zabić czy też zabiła.
"Bywają takie sytuacje, w których człowiek uczy się doceniać to, co ma. I nie rozgrzebywać przeszłości."
CZŁOWIEK Z LASU jest książką, z którą wyobraźnia, mimo pozornej ospałości fabuły, pracuje na pełnych obrotach. Mnoży się w tej historii od zagadek, a autorka z zaskakującą finezją myli tropy, chwilami wręcz kompletnie wyprowadzając na manowce. Powieść, jak na dobry thriller przystało, ma specyficzny klimat niepokoju i niepewności. Co tu jest jedynie fikcją, wymysłem bohaterek, a co makabryczną prawdą? Im bliżej finału, tym granica między jednym a drugim bardziej się zaciera, tym bardziej nieswojo się robi, a mroczna legenda może przyprawić o autentyczne ciarki. Z początku łatwo ją zlekceważyć, nie uwierzyć, uznać, że to typowa urban legend, bujda dla straszenia niegrzecznych dzieci. Jest w niej jednak coś niepokojącego, o czym polecam przekonać się już osobiście (o ile się nie boicie;)).
Po lekturze CZŁOWIEKA Z LASU mam w głowie dziwny mętlik, jaki zwykle pozostawia po sobie książka, która skłania do intensywnego przemyślenia tematu. Nie ukrywam, że zabrakło mi w tej powieści mocnego efektu wow, czegoś, co kompletnie wbiłoby mnie w fotel. Mimo to ta książka będzie mnie pewnie mocno prześladować jeszcze przez jakiś czas, ponieważ historia w niej opowiedziana okazuje się jednak prawdziwa. I to w ten najbardziej przerażający ze sposobów.
MILCZĄCA OFIARA
Przemilczane rodzinne sekrety.
Miejsce pochówku, które o sobie przypomina.
I mroczna przeszłość, która nieoczekiwanie puka do drzwi.
Oto składniki, z którego przyrządzono ten smakowity thriller z psychologicznym zacięciem.
Rzecz dzieje się na smaganej wiatrem i deszczem wyspie Mersea, co dodaje tej historii specyficznego, z lekka klaustrofobicznego charakteru. Odcięcie od stałego lądu i życie na odludziu to sytuacja wręcz sama prosząca się o opowieść z solidnym dreszczykiem ;)
Alex i Emma mają małego synka i są udanym, szczęśliwym małżeństwem, więc ta historia mogłaby się zacząć wręcz idyllicznie. Zaczyna się jednak makabrycznie - od rozkopywania grobu.
Alex dostaje nową pracę w mieście, co równa się przeprowadzce i sprzedaży posiadłości. Dom jest stary, a sprzedaż go to czysty zysk, więc teoretycznie Emma powinna cieszyć się z wizji rychłej wyprowadzki i lepszych perspektyw. Alex nie wie jednak, że żonę, zamiast radości, ogarnia panika, bo kilka lat wcześniej w desperacji zabiła człowieka, młodego nauczyciela, Luke'a, który ją uwiódł, gdy była nastolatką. Zakopała jego ciało w odległym krańcu posesji. Teraz chciałaby zatrzeć ślady zbrodni. Tylko, że zwłoki zniknęły!
Oczywiście na tym mrożącym krew w żyłach odkryciu się nie kończy. Kobieta zaczyna otrzymywać tajemnicze bukiety słoneczników i odbierać głuche telefony, wydaje jej się też (a może nie tylko wydaje?), że widzi swą ofiarę w pobliżu domu. Wszystko to sprawia, że Emma szaleje z niepokoju. Czuje, że przeszłość, od której myślała, że ucieknie, zamierza ją w końcu dopaść i wyrównać rachunki.
A nasza Emma ma więcej do ukrycia, niż mogłoby się wydawać...
Książka opiera się na przyprawiającej o ciarki relacji prześladowca-ofiara. Narracja prowadzona jest z trzech perspektyw: osaczanej Emmy (w kompletnej emocjonalnej i psychicznej rozsypce), zszokowanego Alexa i - co najciekawsze - patrząc daleko wstecz, także i Luke'a. Dzięki temu mamy dowód na to, że był z niego nie lada krętacz; ale czy naprawdę zasłużył sobie na cios szpadlem w czerep i zakopanie w ogródku?
Atmosfera w tej książce od początku do końca przesączona jest niepokojem, a bieg wydarzeń niejeden raz wpędza w pewną dezorientację. Jest tu misterna sieć niedomówień, bardziej lub mniej celowe kłamstwa i rodzinne sekrety, latami zamiatane pod dywan. Liczne cofnięcia w czasie sprawiają, że nawet jeśli coś nam wcześniej świta, właściwie do ostatniej strony trudno być sto procent pewnym swych domysłów, nasuwają się różne wątpliwości. Dobrze wykreowani bohaterowie też komplikują sprawę - sami mają problem z uwierzeniem jeden drugiemu i całkiem nieźle mącą w tej kwestii także w głowie czytelnika.
Nie do końca jednoznaczną postacią jest też sama Emma. Choć nie sposób jej nie sprzyjać, jej zachowanie mimowolnie budzi pewną podejrzliwość, a problemy, z jakimi się zmaga, trochę tę nieufność pogłębiają. Czuje się osaczana, ale gdzieś po drodze wychodzi na jaw, że sama umie osaczać. Wierzyć więc jej, czy nie wierzyć?
Lektura tej książki wyzwala całą gamę zróżnicowanych emocji. Potrafi zaszokować, gdy wychodzą na jaw sprawy, jakie zwykle chciałoby się pewnie na zawsze zachować w ukryciu. Dołuje ukazując, że pozory bywają czasem silniejsze od prawdy, potrafią krzywdzić, a nawet złamać czyjeś życie. Ukazuje też, że strach przed utratą tego, co człowiekowi najdroższe, potrafi pchnąć go do szalonych, ryzykownych decyzji.
Powieść Caroline Mitchell czytało się świetnie! Ta pełna napięcia historia być może nie do końca wyprowadzi w pole co czujniejszych i obeznanych z tym gatunkiem, ale dzięki przemyślanej intrydze nie brak w niej emocji i momentów na istnej krawędzi.
Zdecydowanie polecam!
"Przeszłość to fajne miejsce na odwiedziny, lecz niedobre na pobyt."
ZŁAMANE DUSZE
Znacie to powiedzenie Hitchcocka na temat budowania fabuły: Najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie będzie narastać? Właśnie tak ma się sprawa z tą książką. Już pierwszy jej rozdział przyprawia o dreszcze i napędza takiego strachu, że marzy się tylko o daniu nura pod ciepłą kołdrę i to przy włączonym świetle. Także po to, by czytać dalej! Bo ta historia, spowita wilgotnym, późnojesiennym mrokiem, budzi głęboki lęk, ale także totalnie wciąga!
Drogie dziewczęta, jeśli kiedykolwiek marzyłyście o szkole z internatem i prestiżu z tym związanym, to ostatnim miejscem, do jakiego chciałybyście trafić, byłaby Idlewild Hall w Vermont, kiedy jeszcze działała. Staroświeckie metody wychowania i skostniały rygor nadały temu miejscu odpychająco surowego charakteru. Jednak właściwie nikt, łącznie z nauczycielkami, nie czuł się w tej szkole dobrze i swobodnie - a wszystko za sprawą snującego się po niej ducha niejakiej Mary Hand. Mogłaby to być jedynie legenda, jakich wiele, gdyby nie fakt, że zmieniające się przez lata uczennice i lokatorki internatu wciąż widywały postać Mary, co znalazło odzwierciedlenie w ich notatkach na kartach podręczników. Notatki były czymś w rodzaju ostrzeżenia, bo Mary Hand nie żartowała - zdawała się wiedzieć, jak skutecznie przerazić i celowo z tego korzystać.
Przez wiele dekad do Idlewild Hall trafiały dziewczyny, uchodzące w świetle ówczesnej obyczajowości za problematyczne - awanturnice, nieślubne córki, i takie, z którymi rodzina nie bardzo wiedziała, co zrobić. W 1950 roku znalazła się tam również Sonia, nastoletnia Francuzka z traumatyczną przeszłością, która przeżyła wojnę. Doświadczyła potwornego zła, ale zło po tej stronie oceanu również zdawało się wziąć ją na celownik. Jedyną pociechą była dla niej siostrzana przyjaźń ze współlokatorkami. Jednak pewnego dnia nieszczęsna Sonia zniknęła bez śladu, a jej przyjaciółki mogły jedynie domyślać się, co się z nią stało...
W 2014 roku dawno zamknięty budynek szkoły nadal straszy. Dla dziennikarki, Fiony Sheridan szkoła i jej okolice wiążą się na dodatek z morderstwem jej siostry, znalezionej 20 lat wcześniej na szkolnym boisku. Nawet po tylu latach ta sprawa nie daje Fionie spokoju. Morderca został osądzony i skazany, jednak kobieta obsesyjnie drąży temat, instynktownie wyczuwając w nim drugie dno. Sprawa zyskuje zaskakujący obrót, gdy jakaś bogaczka wykupuje teren szkoły, a podczas prac renowacyjnych robotnicy dokonują makabrycznego odkrycia... Okazuje się, że to ponure, owiane złą sławą gmaszysko kryje w sobie niejeden sekret, który mógł może nigdy nie wyjść na jaw.
ZŁAMANE DUSZE przykuły moją uwagę już w wydawniczych zapowiedziach. Nieczęsto sięgam po książki tego typu, ale czasem jakaś mnie skusi, obiecując solidny dreszczyk emocji. Czegokolwiek jednak spodziewałam się po ZŁAMANYCH DUSZACH, muszę przyznać, że przerosło to moje oczekiwania. I to w znacznym stopniu. Ależ to było dobre! Książka okazała się idealnym połączeniem thrillera, powieści psychologicznej i klimatów rodem z dobrego horroru, mogących przyprawić o gęsią skórkę nawet sceptyków. Simone St. James udało się wyjątkowo zgrabnie połączyć te gatunki, lawirując między realistyczną rzeczywistością, a tym, co może być jedynie wytworem nadwrażliwej wyobraźni, podatnej na odpowiednie bodźce. Choć równie dobrze może okazać się prawdą.
Książka pochłonęła mnie całkowicie już od pierwszych stron, wzbudzając silny niepokój połączony z przemożną ciekawością co do rozwoju dalszych wypadków. Przykuł mnie do niej także jej niesamowity, jak zamglony, mroczny klimat, zagęszczony tajemnicami z przeszłości, co do których ma się wrażenie, że tkwią jakby tuż pod powierzchnią, tylko czekając na odkrycie.
Mocną stroną tej powieści są również bardzo dobrze wykreowane bohaterki, z którymi łatwo poczuć więź i których emocje i lęki, dzięki świetnej narracji, odbijają się w nas jak echem i osiadają w podświadomości. Fabuła, pełna niesłabnącego napięcia, ujęta z dwóch perspektyw czasowych, prowadzi nas przez wydarzenia, niczym nitka do kłębka. Nie brak w niej niespodzianek, ale również mnoży pytania i skłania do refleksji nad istotą zła i jego źródłami. Obie historie, tę sprzed lat i współczesną, łączy budząca grozę postać jeszcze jednej dziewczyny - Mary Hand, która także jest tu pewnego rodzaju bohaterką, domagającą się należnej uwagi. I zdecydowanie ją otrzymuje, zdolna dosłownie przerazić i zasiać ziarenko wątpliwości pewnie nawet w niejednym niedowiarku. Ponad tydzień po przeczytaniu książki nadal czuję się dziwnie nieswojo, kiedy sobie o niej przypomnę...
Ta genialna książka robi z czytelnikiem co chce - obojętnie, czy wierzy się w duchy, czy też nie. To znakomicie napisany thriller z solidną dawką grozy, który trzyma w maksymalnym napięciu niemal do ostatniej strony. A potem długo nie daje o sobie zapomnieć. Jeśli lubicie się bać, ZŁAMANE DUSZE napędzą wam strachu na najwyższym poziomie!
"Nie ma sprawiedliwości (...), lecz i tak o nią walczymy. Sprawiedliwość to ideał, lecz nie rzeczywistość."
ŻONA MIĘDZY NAMI
Podczas lektury pomyślisz, że to książka o zazdrosnej byłej żonie.
I że ma ona obsesję na punkcie swojej następczyni - pięknej i młodej kobiety.
Nic nie jest takie, jak się wydaje.
Czytaj między kłamstwami.
Kiedy otrzymałam egzemplarz ŻONY MIĘDZY NAMI Greer Hendricks i Sarah Pekkanen do recenzji, okazało się, że została przysłana z ciekawymi dodatkami: fotografią ślubną z przekreśloną markerem twarzą panny młodej, oraz kartką wyrwaną z dziennika głównej bohaterki, Vanessy, z bardzo wymownym zapiskiem, świadczącym dobitnie o jej rozchwianiu emocjonalnym. Te interesujące dodatki oczywiście sprawiły, że moja ciekawość została podsycona.
Główną bohaterkę i narratorkę znacznej części tej powieści, Vanessę Thompson, poznajemy w trudnych dla niej chwilach. Niedawno rozwiodła się z mężem, a teraz musi patrzeć, jak inna kobieta, młodsza i atrakcyjna, szykuje się, by stanąć na ślubnym kobiercu u boku jej byłego małżonka, Richarda. Vanessa zdaje się nie rozumieć, że, jak to mówią Czesi, to se ne vrati. Nie potrafi rozstać się z przeszłością, żyje wciąż wspomnieniami z czasów swego małżeństwa. Richard był przecież jej księciem z bajki. Marzyła o tym, by dożyli razem starości, otoczeni dziećmi i wnukami. Czy teraz te piękne marzenia mają się ziścić dla innej kobiety? Co Vanessa zamierza wobec młodej młodej i pięknej dziewczyny?
Kiedy zaczyna się czytać tę książkę, można odnieść wrażenie, że jej
bohaterka jest cokolwiek niezrównoważona psychicznie. Zamiast skupić się
na sobie i własnym życiu, ugania się po Nowym Yorku niczym zawodowy
stalker, tropiąc poczynania swego byłego i jego narzeczonej i usiłując
nie dopuścić do tego, by się pobrali. Czy to normalne? Ano nie. Vanessa siłą rzeczy uchodzi więc za wariatkę, która usiłuje zniszczyć
przyszłe szczęście Richarda. Sam Richard jawi się jako mężczyzna, który
sporo jej wybaczył przez te kilka lat, kiedy byli małżeństwem. Co prawda, poprosił ją o to, by po rozwodzie
wyprowadziła się z ich wspólnego, wygodnego domu, ale to chyba nie
powód, by postawiła sobie za cel zniweczyć mu życie u boku nowej
małżonki. Im jednak dalej w treść, tym więcej rodzi się wątpliwości i
tym częściej nasuwa się pytanie, co tą kobietą tak naprawdę kieruje i
skłania do tak dziwnego zachowania.
Fabuła tej powieści jest tak sprytnie zakręcona, że nawet czytając
między wierszami, nie sposób się na niej w pewnym momencie nie
poślizgnąć. Podczas lektury parokrotnie zdarzyło mi się dosłownie
stracić orientację i zadawałam sobie pytanie: Co tu jest, u licha,
grane? Jednak sprawna narracja, żywe tempo, jak również mistrzowska
wręcz zręczność, z jaką autorki lawirują między poszczególnymi wątkami,
pozwala szybko odnaleźć się w tej historii na nowo. Części układanki, z
której składa fabuła, zostały ze sobą przewrotnie i bardzo umiejętnie
przemieszane, ale w końcu wszystko powoli, krok za krokiem, zaczyna
formować się w jedną spójną, sensowną całość.
Przemyślenia głównej bohaterki i dość szczegółowe opisy znacznie
przeważają nad dialogami czy konkretnymi wydarzeniami, dużo się tutaj
dzieje także na płaszczyźnie wspomnień. Mimo to powieść czyta się jednym
tchem, zwłaszcza od mniej więcej połowy, kiedy następuje totalny
przełom, po którym nie sposób się już od niej oderwać. To też duża
zasługa bardzo dobrze nakreślonych, wnikliwych portretów głównych
bohaterów, z których praktycznie żaden nie jest całkowicie jednoznaczny,
co z kolei sprawia, że nie da się od razu jasno określić czy
opowiedzieć po którejś ze stron. Trudno już na wstępie zapałać sympatią
do Vanessy, skoro jej zachowanie jest wielce podejrzane; znacznie więcej
ciepłych uczuć zdaje się budzić jej młodsza rywalka. Czytelnik myśli,
że nie da się zwieść. Ale czy na pewno?
To ciekawa, wciągająca i misternie splątana historia, w której, zgodnie z
obietnicą z okładki, wszelkie pozory mylą. Historia, która zdaje się
być potwierdzeniem, że od miłości do nienawiści droga niedaleka i że
zbytnia ufność rzadko idzie w parze z rozsądkiem. Nie brak tu dreszczyku
rodem z thrillera czy kryminału, nie brak zaskoczenia i napięcia, które
utrzymuje się właściwie przez całą fabułę. To też powieść
psychologiczna,w której bolesna przeszłość odbija się w życiu bohaterów
chroniczną czkawką, aż nadchodzi moment, w którym w końcu muszą stawić
jej czoła. Jak daleko posuną się, chcąc się rozprawić ze sprawami, które
zaciążyły na ich życiu? Dla kogo ta konfrontacja okaże się zbawienna, a
dla kogo wręcz przeciwnie i co takiego obnaży?
Warto sprawdzić.













