Pokazywanie postów oznaczonych etykietą New Adult. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą New Adult. Pokaż wszystkie posty

FALLING FAST / BIANCA IOSIVONI


Lato zbliża się do końca i podróż Hailee przez Stany także. Dziewczyna dociera swoją Hondą do urokliwego miasteczka w Wirginii, gdzie odwiedza grób zmarłego niedawno przyjaciela; chłopaka, którego co prawda znała tylko przez Internet, ale z którym łączyła ją pasja pisania. Niespodziewanie auto się psuje i Hailee staje przed perspektywą  pozostania w miasteczku na dłużej, niż planowała. Wkrótce poznaje grupkę rówieśników, którzy, jak się okazuje, również znali zmarłego  Jespera; a wśród nich przystojniaka imieniem Chase…

Od czasów serii „First” mam do Bianki Iosivoni pewną słabość. To autorka, która w tematyce młodzieżowych romansów (utrzymanych w tak popularnej,  a la amerykańskiej konwencji, w której celują niemieckie autorki NA) czuje się jak ryba w wodzie, a „Falling Fast” na pierwszy rzut oka wydaje się tego kolejnym dowodem.

RYZYKO



























Po roku od premiery POŚCIGU przyszła w końcu pora na kolejną część perypetii gorącokrwistych hokeistów od Elle Kennedy. A także przebojowych, silnych dziewczyn z Briar, które wiedzą, czego (i kogo) chcą. Na moje oko to właśnie one przejęły tu stery i to z nimi ten spin-off ma wszelkie szanse kojarzyć się bardziej.


Bohaterka RYZYKA, Brenna, dała się już trochę poznać w poprzednim tomie. To córka trenera Jensena, pewna siebie, atrakcyjna dziewczyna, która nie buja w obłokach i bynajmniej daleko jej do małej bezradnej kobietki, rzuconej w świat pełen testosteronu. Brenna, wychowana niemal na lodowisku, jest też oczywiście, wielką fanką hokeja i całym sercem kibicuje podopiecznym swego ojca i kolegom z uczelni.
Tymczasem w tym sercu narobiła sobie ostatnio trochę zamieszania za sprawą niejakiego Jake'a Connelly (i ja jej się nic a nic nie dziwię xD). Problem w tym, że przystojny i seksowny Jake to WRÓG. Jako zawodnik i kapitan hokejowej drużyny Harvardu, stoi po przeciwnej stronie frontu.
Jake i Brenna oficjalnie więc ledwo się tolerują, ale gdy droczą się ze sobą, ile wlezie, na bok idą uprzedzenia i lojalność wobec "swoich" - czuć w tym flirt i coś więcej: iskrzące między nimi pożądanie. Może jednak nic by z tego nie wynikło, gdyby nie pewna rozmowa kwalifikacyjna, która od małego kłamstewka wiedzie Brennę prosto do prawdziwych randek z Jake'm. I nie obędzie się to bez konsekwencji zarówno w ich prywatnym życiu, jak i na lodowisku.

Można chyba powiedzieć, że czego brakowało w POŚCIGU, to RYZYKO dość skutecznie nadrabia. Mamy tu dwójkę ambitnych młodych ludzi, wrogie obozy, smak zakazanego uczucia, z którym trzeba się kryć, bo jego ujawnienie może mieć burzliwe skutki.
Jake i Brenna są pewni siebie, otoczeni wianuszkami przyjaciół, a jako para - rozbrajająco do siebie podobni i warci równie żywiołowego dopingu, jak ich drużyny na lodowisku. Między nimi nie ma zabawy w kotka i myszkę, ostrożnych podchodów, jak pies do jeża - jak to było w przypadku Summer i Fitza. Ta para od początku częstuje się sarkastycznymi docinkami, doskonale wiedząc, dokąd ich to zaprowadzi ;) a ich słowne przepychanki wprost parują emocjami i wzajemnym przyciąganiem.

RYZYKO serwuje lekką młodzieżową rozrywkę, gorące sceny, żywe dialogi, i jak to u Elle Kennedy - powody do niekontrolowanego parskania śmiechem. Ale autorka zadbała też o niezbędną odrobinę poruszających tematów. Jest tu wątek równouprawnienia; pojawia się też trudna relacja Brenny z ojcem i pewna smutna historia z przeszłości, która nie daje o sobie zapomnieć. Choć trochę szkoda, że ten ostatni wątek nie został lepiej rozwinięty.

Jak na koledżowy romans, RYZYKO całkiem zgrabnie ukazuje, że czasem warto ryzykować, przekraczać własne granice, zwalczać stereotypy. Sama Elle Kennedy wspomina w posłowiu, że od dawna nie bawiła się tak dobrze przy pisaniu, jak przy powstawaniu RYZYKA. W moim odczuciu hat trick to raczej nie jest, zabrakło mi w tej książce jakiegoś elementu zaskoczenia, mocniejszego zgrzytania między bohaterami (w końcu są z wrogich obozów), a przewidywalność sprawiła, że nie przewracałam stron w jakimś super tempie. Ale fakt, że od czasów Hannah i Garretta w końcu w Briar trafiła się para, która przekonała mnie do siebie i przeciągnęła na swoją stronę tak, jak tamta pierwsza.

Nieskomplikowana i przyśpieszająca puls lektura dla wytchnienia i oderwania się od poważniejszych tematów.


R Y Z Y K O. (THE RISK). CYKL: BRIAR-U # 2. ELLE KENNEDY. Przekład: Ewa Helińska. Wydawnictwo Zysk i S-ka. 2020. Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

FIRST LAST NIGHT

Moja trzecia przygoda z serią FIRST to spotkanie z bohaterami poprzednich części, których zdążyłam już polubić (zwłaszcza pewnego przyszłego weterynarza). Ale FIRST LAS NIGHT to przede wszystkim poznanie się z dwójką nowych bohaterów, którzy, choć bardzo wyraziści, dotąd przewijali się jedynie gdzieś w tle. Ten duet to zadziorna, przebojowa Tate i zamknięty w sobie, opiekuńczy Trevor.

Tate i Trevor, jak sami podkreślają, nawet nie są w swoim typie. Ale jakimś cudem chemia między nimi jest gęstsza niż miód. Ciągnie ich do siebie; a z drugiej strony odpycha - z winy skrajnie różnych charakterów. Dodatkowo cieniem na tej burzliwej, rozchwianej relacji kładzie się tragedia z niedawnej przeszłości - zagadkowa śmierć brata dziewczyny, studenta, który został znaleziony martwy w swym mieszkaniu. Tate gnębi przygniatające poczucie winy z powodu brata, które popycha ją do balansowania na krawędzi, i które jest niczym innym jak próbą ukarania siebie, a jednocześnie zapomnienia. Jak żyć z wyrzutami sumienia, że się coś ważnego przeoczyło, zawiodło? I czy chęć ochrony przed jeszcze dotkliwszym zranieniem kogoś, kto jest dla ciebie ważny, tłumaczy kłamstwo?

Kolejna wizyta na uniwersytecie w Blackhill ma w sobie od groma emocji. I jak to u Iosivoni, niby wszystko to już było, ale można się wciągnąć. Trudna relacja Tate i Trevora, w której jakby odwrócili się rolami i która się z czasem jeszcze bardziej skomplikuje, od samego początku intryguje i jest pełna napięcia. Tę historię wzbogacają również ich niebanalne osobowości. Autorka sparowała ich ze sobą na klasycznej zasadzie przeciwieństw, na deser serwując nie lada niespodziankę.
 Nie zapomniała też o poprzednich bohaterach - mają tu naprawdę sporo miejsca dla siebie. Jeśli ktoś jeszcze ich nie zna, zaczynając przygodę z FIRST od trzeciego tomu, to mają tutaj sporą szansę zainteresować sobą na tyle, by zechciał nadrobić wcześniejsze części. Obecność Dylana, Emery, Luke'a i Elle dodaje tej historii ciepła i humoru, a także, właściwej gatunkowi college romance, specyficznej, bardzo przyjemnej przyjacielskiej otoczki.

Żeby nie było tak różowo, muszę przyznać, że końcówka FIRST LAST NIGHT jednak zawodzi. Odniosłam wrażenie, że  tragedia w tle, która budowała napięcie, została jakoś na siłę ugłaskana, uproszczona. Można było z tego wyciągnąć coś więcej. Ewentualnie być może czytałam tę książkę w nie najlepszym momencie i trudno mi przyznać, że cokolwiek się dzieje, życie toczy się dalej i nie ma sensu się zadręczać, czując się odpowiedzialnym za zbawienie całego świata.
Po trosze takie jest właśnie niezbyt wesołe, choć na pewno oczyszczające, wyzwalające przesłanie tej powieści - bohaterowie muszą poznać prawdę i spróbować ją zaakceptować.  Ale znalazłam w niej jeszcze jeden, znacznie weselszy wniosek: czasem trzeba się samemu kopnąć w tyłek. Niekiedy za karę, a niekiedy na zachętę do działania.

Bianca Iosivoni wyraźnie nabiera szlifu i każda kolejna książka wydaje się coraz lepsza, z mniejszą liczbą potknięć, o których wspominałam przy poprzednich częściach. Tradycyjnie znowu się nieco rozpisała, co poniekąd mnie zdziwiło, gdy przeczytałam w posłowiu, że pisała tę książkę w rekordowym, wyznaczonym terminie. Nadal nie mogę się zdecydować, czy ta szczodra objętość jej powieści to plus czy minus jej stylu. Choć te historie bardzo dobrze się czyta, chwilami trafiają się niemiłosierne dłużyzny. Nie powinnam chyba jednak narzekać, bo finalnie FIRST to jedna z najsympatyczniejszych serii w młodzieżowej konwencji, jakie ostatnio czytałam. I na pewno nie odmówię sobie przyjemności powrotu do Blackhill wraz z kolejnym, ostatnim już, czwartym jej tomem.


"W zasadzie nie chodzi o przebaczenie i zapomnienie, ale o ludzi, których człowiek chce mieć w swoim życiu."


FIRST LAST NIGHT. CYKL: FIRST # 3. BIANCA IOSIVONI. PRZEKŁAD: EMILIA SKOWROŃSKA. WYDAWNICTWO JAGUAR. 2019. Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

HOPE AGAIN

HOPE AGAIN to już czwarty tom serii AGAIN o miłosnych (i nie tylko) perypetiach studentów z Woodshill. Czytałam z nich jak dotąd  tylko jeden i muszę przyznać, że trochę to tutaj odczułam. Poprzedni bohaterowie właściwie stale są tu obecni i fakt, że większości z nich bliżej nie znam, nieco mnie frustrował. Zwłaszcza, że wydają się zdecydowanie fajni!
HOPE AGAIN opowiada jednak o perypetiach pary, która z dużym powodzeniem absorbowała moją uwagę na tyle mocno, by mi to uczucie niedosytu skutecznie wynagrodzić.

Ta część wyróżnia się trochę na tle poprzedniczek tym, że choć to typowy college romance, nie chodzi w nim tym razem o uczucie łączące parę studentów, a studentkę i jej wykładowcę. Z góry zaznaczę, że jest on młody, więc nikt nie powinien być zgorszony;) A kto liczy na pikantną historię, niech wie, że chemii w niej mnóstwo, ale sam romans przedstawiony jest subtelnie i ze smakiem.

Przystojny i sympatyczny Nolan Gates prowadzi na uniwersytecie w Woodshill zajęcia kreatywnego pisania. Dla dobra literatury osobiście redaguje powieść, wysmarowywaną z zapałem przez Dawn, jedną z jego studentek. Beta-readerką Dawn jest także inna jego słuchaczka, Everly, z którą Nolan lubi się... jakby trochę bardziej ;D Jak nie trudno zgadnąć, to wspólne redagowanie znacznie ich do siebie zbliża. A w końcu stawia w sytuacji, gdy muszą sobie nie tylko odpowiedzieć na pytanie, co tak naprawdę ich łączy, ale również zadecydować, co dalej. Zakazane uczucie, zmagania się ze wspomnieniami, które w życiu Everly wciąż odbijają się czkawką, zmory przeszłości Nolana - tym dwojgu nie będzie łatwo to sobie poukładać.

Jak to w New Adult mamy tu do czynienia z zasklepionymi ranami, które znów dają o sobie znać i dodatkowo komplikują życie bohaterów. Pojawia się tu temat przemocy domowej i uzależnienia. Nie jest to potraktowane płytko, po łebkach i pozwala wczuć się w trudną sytuację Everly i Nolana, poznać bliżej ich przeszłość i zrozumieć, czego oboje się boją, stawiając pierwsze, wspólne, niepewne kroki do przodu.

Muszę tu zaznaczyć, że HOPE AGAIN, ku mej uciesze, to nie tylko romans, że jest w tej powieści również miłość... do książek. Sama piszę, więc podobał mi się wątek z pisaniem, wskazówkami jak tworzyć, oraz fakt, że Nolan wyraźnie jest książkoholikiem, posiadającym nie tylko zasobną biblioteczkę, ale i wiedzę o literaturze. Wyznaje również bardzo bliski mi pogląd odnośnie zakończenia książek ;) A jego stwierdzenie:

"Płacz podczas lektury to jedno z najcudowniejszych uczuć na świecie." 

mogłabym niemal dać sobie wytatuować, tak bardzo się z nim zgadzam xD
Czy muszę jeszcze dodawać, że Nolan ma wszelkie szanse zostać moim ulubionym męskim bohaterem tej serii? Chyba nie ;D

A propos tatuaży - jeden wątek, właśnie z salonem tatuaży, wydawał się tu zbędny i rozbudowywany trochę na siłę. Jak znam podobne serie, pewnie może on w przyszłości okazać się materiałem na całkiem nową opowieść, niemniej tutaj jakoś mnie nudził. Cieszyło mnie, gdy historia wracała na właściwe tory, zwłaszcza, że wciąga, rozgrzewa, wzrusza i w odpowiednich momentach wywołuje niepowstrzymany uśmiech na twarzy. HOPE AGAIN to też kolejna książka, trafiająca w moje gusta swym jesiennym klimatem. Miło się to czyta, gdy za oknem rzeczywiście króluje szarobura aura - którą jednak przy odrobinie chęci także można się cieszyć ;D Ponieważ to już czwarty tom, grono bohaterów jest już całkiem spore, co nadało tej powieści trochę familijny charakter. I to jest zawsze coś, co niezmiernie mi się podoba w tego typu książkach - jak krąg przyjaciół staje się w pewien sposób rodziną, tyle, że tą z wyboru💞


HOPE AGAIN
CYKL: AGAIN # 4
MONA KASTEN
PRZEKŁAD: EWA SPIRYDOWICZ
WYDAWNICTWO JAGUAR
2019

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

JEDNAK MNIE KOCHAJ

Laura Kneidl to kolejna niemiecka autorka (po Biance Iosivoni), z powodzeniem krocząca ścieżką przetartą przez Monę Kasten. Jeśli więc lubicie pełne emocji młodzieżówki z college'm w tle, i to takie, które mimo nieuniknionej schematyczności potrafią bez nudy przekazać ciekawą historię i pewne uniwersalne prawdy, powinniście zwrócić uwagę także na JEDNAK MNIE KOCHAJ.

Sage Derting wyjechała na studia, chcąc odciąć się od traumatycznych doświadczeń. To samotniczka, z bagażem złożonym w głównej mierze z kołdry po babci, mieszkająca w swoim starym Volkswagenie transporterze i handlująca na Etsy biżuterią własnej produkcji. Sage unika kontaktowania się z rodziną, co od razu wskazuje, że tam właśnie tkwi źródło jej największego problemu - lęku przed mężczyznami.
Trudno więc jej się dziwić, że nie skacze z zachwytu, kiedy okazuje się, że będzie dzielić dorywczą pracę w bibliotece z niejakim Luką.
Nieufna Sage woli trzymać wszystkich na dystans. Aż do chwili, gdy poznaje energiczną i zaraźliwie wesołą koleżankę ze studiów - April, która pokonuje jej opory i zaprasza do mieszkania, jakie dzieli z bratem. Tu czeka na Sage nie lada niespodzianka - ten brat to właśnie Luca.

Czy da się przekreślić bolesną przeszłość grubą kreską i zacząć normalne życie? Dzięki terapii i życzliwości nowych przyjaciół Sage zaczyna wierzyć, że tak. Zaskoczona stwierdza nawet, że Luca, choć to kobieciarz, budzi w niej coraz cieplejsze uczucia. I to z wzajemnością! Kiedy jednak wszystko powoli zaczyna się układać, przeszłość Sage powraca, i to ze zdwojoną siłą...

Powieść Laury Kneidl to typowy, całkiem zgrabny college romance a jednocześnie dobre New Adult mierzące się z trudnym tematem. Autorka przekonująco oddała pogubienie Sage i jej zmagania z fatalnymi wspomnieniami. Nie rozpływają się one jak za magicznym dotknięciem różdżki, ledwo na horyzoncie pojawia się fajny chłopak. Fakt, że relacja Sage z Luką rozwija się stopniowo, bez pośpiechu, i nie jest skupiona tylko na fizycznej fascynacji, także dodaje tej historii zdrowego realizmu.
Duży plus to także sama bohaterka - można ją zrozumieć, a jej wycofanie nie irytuje. Śmiem nawet stwierdzić, że Sage to jedna z nielicznych żeńskich bohaterek tego gatunku, która mnie niczym nie zirytowała. Brawa dla Kneidl także za głównego amanta. Polubiłam go (inaczej się nie dało!), bo jest wyjątkowy. I pewnie skradnie niejedno czytelnicze serce! To kochający brat, pan porządniś i wielbiciel książek w jednym. Do tego studiuje coś tak nieżyciowego, jak bibliotekaroznawstwo, czym także mnie kupił :D

Powieść emanuje wiarygodnymi emocjami, ma wolne tempo i miły klimat, nadaje się więc w sam raz na coraz dłuższe wieczory w towarzystwie kocyka i kubka ciepłej herbaty. Zwłaszcza, że fabuła zahacza o jesienne atrakcje i święta, co, jako wielkiej fance jesiennej aury, bardzo mi odpowiadało.

Pierwszy tom serii JEDNAK MNIE KOCHAJ kończy się dość dramatycznie. Czy Sage upora się ze źródłem swych lęków, zdobędzie się na to, by stawić temu czoła? Jaką rolę odegra w tym Luca? Jestem bardzo ciekawa, jak ta para poradzi sobie z próbą, którą zaserwowała im autorka w finale, więc oczywiście czekam na kontynuację!


JEDNAK MNIE KOCHAJ
(BERUHRE MICH. NICHT)
CYKL: SAGE # 1
LAURA KNEIDL
PRZEKŁAD: JOANNA GRZELAK
WYDAWNICTWO JAGUAR
2019 

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

THE BRIGHTEST STARS



Jak to mówią Za mundurem panny sznurem, ale bohaterka nowej książki Anny Todd, córka zawodowego żołnierza, chyba by się z tym nie zgodziła. Ta dziewczyna ma po dziurki w nosie patrzenia na wojskowych i obracania się w ich towarzystwie. Ze względu na profesję ojca Karina i jej brat bliźniak, Austin, nie mieli normalnego dzieciństwa. Wychowywali się w kolejnych bazach wojskowych. Również z powodu służby ojca w armii i jego zobowiązań nie przetrwało małżeństwo ich rodziców. Matka odeszła, pozostawiając po sobie wyrwę nie do zapełnienia.

Wkraczając w dorosłość, Karina, w przeciwieństwie do brata, postanowiła zacząć żyć na własny rachunek, wyrywając się z rodzinnego wariatkowa. Zdobyła dyplom masażystki i zatrudniła się w jednym z lokalnych salonów. Nadal jednak mieszka blisko bazy, czuwając, by lekkomyślny Austin nie posłuchał ojca służbisty i nie zaciągnął się do armii. Dziewczyna doskonale wie, co oznacza służba i wyjazdy na misje, i w jak ogromnym stopniu odbijają się nie tylko na samym żołnierzu, ale również na jego najbliższych. Nie wyobraża sobie też, by mało odporny i zagubiony Austin nadawał się do tej roli, stara się więc go chronić. Efektem są jednak jedynie pretensje ojca, głównie pod jej adresem, że chłopak nadal nie potrafi się ogarnąć.
 

Pewnego dnia klientem Kariny zostaje milkliwy, ciemnoskóry młody żołnierz, Kael Martin. Zauroczona nim i zaintrygowana jego wycofanym stylem bycia, łamie dla niego swoje zasady trzymania się z dala od wojskowych. Budująca się między nimi z wolna więź staje jednak pod znakiem zapytania, gdy wychodzi na jaw, że Kaela i jej ojca łączy pewna tajemnica.

THE BRIGHTEST STARS to pierwszy tom STARS - nowej serii Anny Todd. Po mojej przygodzie z AFTER, która okazała się całkiem udana, byłam szczerze ciekawa, co autorka ma do zaoferowania w swojej nowej odsłonie, zwłaszcza, że sięgnęła po ciekawy temat.
Książka wciągnęła mnie już na starcie, zapowiadając się na solidną i emocjonującą historię. Od początku jest w niej pewne napięcie. Poczułam się jednak trochę zdezorientowana, kiedy mniej więcej w połowie przyłapałam się na myśli, że... właściwie niewiele się tu dzieje. Poziom napięcia w zasadzie nie rośnie, a fabuła, choć przyjemna i ciekawa, snuje się chwilami wręcz jak w slowmotion. Polski podtytuł tej powieści brzmi POŻAR ZMYSŁÓW, ale to również okazuje się trochę mylące, bo żadnego pożaru tutaj nie ma - nie licząc może rozrób nieodpowiedzialnego Austina. Relacja Kariny i Kaela jest łagodna i specyficzna. Rozumieją się, nawzajem pociągają, przyjemnie kontrastują (on milczek, ona gaduła). Podobał mi się ich sposób na tzw. nierandki, dzięki którym coraz bliżej się poznają, zamiast skupiać na czysto fizycznej stronie swojej relacji. Jak na razie jednak mało gorącego romansu w tym romansie. Mam nadzieję na ten pożar w kolejnych tomach :)
 

O ile w kwestii romansu książka z lekka rozczarowuje, o tyle trafiły się w niej jednak inne smaczki. Przede wszystkim przyjemny styl autorki, z dawką finezji, której brakowało mi w AFTER; to wyraźnie lepsza Anna Todd. Zjednali mnie sobie również bohaterowie, zwłaszcza zakompleksiona bohaterka z życia wzięta, śledząca z zazdrością na insta profile swoich koleżanek, którym się powiodło. To taka dziewczyna z sąsiedztwa.
Książka drąży temat trudnego dorastania i jeszcze trudniejszych życiowych wyborów, a także skomplikowanych rodzinnych relacji. Poruszony jest tu również delikatny problem stresu pourazowego u żołnierzy po misjach oraz drażliwa tematyka rasizmu - a fakt, że akcja toczy się na Południu Stanów, gdzie uprzedzenia rasowe nadal mają się świetnie, wyraźnie nie jest tu bez znaczenia.

Ta historia, nawet jak na typowy military romance ma naprawdę spory potencjał i dużo ciekawych wątków, które zasługują na należyte rozwinięcie. Końcówka powieści to bomba, której chyba w sumie należało się spodziewać, biorąc pod uwagę, że jest to tom pierwszy. Manewr może nie do końca zaskakuje, ale wzbudza pożądane emocje i oszołomienie, pozostaje więc uzbroić się w cierpliwość i poczekać na ciąg dalszy!

"Czy to nie zabawne, że ludzie wiecznie domagają się prawdy, chociaż większość nie potrafi jej znieść?"


T H E   B R I G H T E S T   S T A R S
CYKL: STARS # 1
ANNA TODD
PRZEKŁAD: AGNIESZKA MYŚLIWY
WYDAWNICTWO OMG BOOKS / ZNAK
2019

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu OMG Books / Znak.

GWIAZDY NADZIEI

Kiedy zdecydowałam się przeczytać tę książkę, nazwisko I.M. Darkss nic mi nie mówiło. O tym, że pod tym pseudonimem kryje się nasza rodzima autorka, dowiedziałam się praktycznie tuż przed lekturą :D Czytałam niedawno polską młodzieżówkę Agaty Polte i było to przyjemne doświadczenie, więc uznałam, że GWIAZDY NADZIEI będą pewnie czymś w podobie.
A tu niespodzianka - to coś kompletnie innego.

Amara wraca do domu po latach nauki w szkole z internatem. Do domu, w którym nie czuje się nawet zbyt mile widziana i gdzie nie ma co liczyć na zrozumienie i wsparcie ze strony rodziców czy siostry, o ile nie chce posłusznie odgrywać narzucanej jej roli.

Ale nie to jest dla Amary najgorsze, bo odtąd ma także widywać często Jaksa Travissa, przystojnego i nieodparcie seksownego właściciela salonu tatuażu, w którym jest od dawna zakochana. I który jest chłopakiem jej siostry. Jednak siostra właśnie stwierdziła, że ma go dość i rzuca go (!), więc w dziewczynie budzi się nadzieja, że łącząca ją z Jaksem piękna przyjaźń przemieni się w coś więcej. Tyle że, jak wieść niesie, Jaksowi przez jakąś traumę ani w głowie poważne związki. Trudno mu jednak pozostać obojętnym na wysiłki i wdzięki Amary, nie lubi też, gdy kręcą się koło niej inni faceci, proponuje jej więc układ bez zobowiązań. Amara przyjmuje go, wierząc, że uda się jej poznać prawdę o traumatycznej przeszłości Jaksa i w końcu rozbić ten mur, którym tak szczelnie się obwarował.

"Nie ma większego ryzyka niż obdarzenie kogoś miłością."

Motyw dramatu z przeszłości i pokonywania go, wychodzenia w życiu na prostą, to jest coś co lubię w książkach New Adult chyba najbardziej. W tej historii ciekawiło mnie też, czemu Jaks uważa, że nikogo już nie pokocha, czego się tak boi, broniąc przed poważnym związkiem. Powieść I.M. Darkss zapowiadała się więc naprawdę dobrze.
Niestety moje GWIAZDY NADZIEI najpierw zamigotały kusząco, a potem... w większości pogasły.

Przytłoczył mnie przede wszystkim styl, w jakim ta książka została napisana. Od razu zaznaczam, że nie chodzi o to, że jest zły, a o jego specyficzny charakter - który dla innych może być równie dobrze wielką zaletą tej powieści. Jest on tak dopracowany i bogaty, a powiedziałabym nawet - przeładowany, że zatracił pewną swobodę i naturalność, i podejrzewam, że to z jego powodu nie mogłam się w tę historię solidnie wczuć - nawet mimo ciekawie wykreowanych bohaterów.
Emocje Amary (która jest tu jedyną narratorką) to właściwie same skrajności. Na dłuższą metę czytanie o tym, jaki ogrom doznań wciąż ją przepełnia, po prostu wyczerpuje. Trafiają się, co prawda, przyjemne, luźniejsze momenty, ale bohaterka zdaje się wręcz czuwać nad tym, żeby szybko nabrały ciężkości. Inna sprawa, że ta lawina emocji często zastępuje konkretną  fabułę - toczy się ona praktycznie od jednego spotkania naszej pary do drugiego i poza dramatycznymi retrospekcjami właściwie niewiele się dzieje.

Historia Amary i Jaksa kryje w sobie kilka tragedii z przeszłości, których skutki mocno zaciążyły na losach bohaterów. Niektóre z nich również średnio do mnie przemawiały, było ich zwyczajnie za dużo, jak na dwoje ludzi. Na zdecydowany plus zaliczam ładny i wzruszający motyw przeznaczenia, do którego nawiązuje przesłanie tej powieści.
Ciekawie wypadło również potraktowanie tatuażu jako sztuki (mimo, że nie jestem fanką tatuowania się od stóp do głów). Czuć, że dla Jaksa ta praca i hobby to nieodłączna część jego osobowości, sposób na wyrażenie siebie. Podobała mi się także sama postać Jaksa, chyba najlepiej i najciekawiej skonstruowana ze wszystkich w tej powieści, który był niczym spokojna wyspa na tym wzburzonym morzu (choć swoim brakiem konsekwencji skołował nie tylko Amarę ;)).

Narzekam czasem na płytkość współczesnych NA czy romansów, niedostatek w nich psychologicznych rozkmin i emocji. W przypadku GWIAZD NADZIEI poszło to w drugą stronę. Ta książka emocjami wręcz ocieka. Powiedziałabym, że nawet w nich tonie. Ktoś, kto lubi zatracić się w takich klimatach, pewnie bez trudu się w niej odnajdzie, będzie się nawet delektował.
Dla mnie ta powieść, jak na typowe New Adult, była trochę przekombinowana. Zabrakło mi w niej charakterystycznej dla tego gatunku młodzieńczej lekkości i w rezultacie, niestety nie wciągnęła mnie tak, jak się spodziewałam.

"Każdy jego pocałunek, dotyk, uśmiech wymazuje ze mnie ból, lęk, bezradność i zapala jedną gwiazdę więcej."


G W I A Z D Y   N A D Z I E I
I.M. DARKSS
WYDAWNICTWO ZYSK I S-KA
2019 

Za egzemplarz dziękuję serdecznie Wydawnictwu Zysk i S-ka.

FIRST LAST LOOK

Collegeromance to gatunek, który darzę niesłabnącym sentymentem :D Takie książki, mimo ich nieuniknionej przewidywalności, chyba nigdy mi się nie znudzą - o ile są napisane z sensem i sercem. I właśnie takie zalety w moim odczuciu ma FIRST LAST LOOK Bianki Iosivoni.

Choć fabuła FIRST LAST LOOK nie poraża oryginalnością, a sama konwencja powieści jest lekka, książka odrobinę odchodzi od schematyczności tego gatunku, podejmując całkiem poważne tematy - bohaterowie wkraczają w dorosłość z bagażem trudnych doświadczeń i problemów, których nie da się w cudowny sposób rozwiązać, a studia okazują się dla nich nie jedną wielką imprezownią, a kolejną niełatwą próbą, którą muszą podjąć. Iosivoni, podobnie jak Mona Kasten, stworzyła tu również postacie, które w naturalny sposób przypadają do serca i w których przeżycia można się łatwo zaangażować.

Główna bohaterka, Emery Lance rozpoczyna naukę na uniwersytecie z dala od domu. Chce zapomnieć o tym, co musiała znosić przez ostatni rok szkoły średniej. Tutaj na szczęście nikt jej nie zna. Dziewczyna ma zamiar skupić się na nauce i z nikim zbytnio nie spoufalać. Czeka ją jednak kilka niespodzianek. Pierwsza jest taka, że przez pomyłkę zakwaterowano ją w pokoju z pewnym chłopakiem. Druga niedogodność to fakt, że ma on bardzo fajnego przyjaciela, Dylana, który odwiedza go teraz częściej, wyraźnie zainteresowany Emery. 

Postać skromnego i dobrodusznego Dylana bardzo mnie ujęła. Nie jest to typ bad boy'a, tak często maglowany w młodzieżówkach - wręcz przeciwnie, jest na wskroś poczciwy. Przyjacielski, serdeczny, pomocny. Nie ma w zanadrzu funduszu powierniczego, więc chcąc przetrwać, musi naprawdę powalczyć. Wiedząc, jak drogie są studia w Stanach i że na pewno nie wygląda to tak słodko, jak w filmach, odniosłam wrażenie, że Dylan dodał tej historii zdrowej równowagi i realizmu. Chłopak studiuje, pracuje, odwiedza starszą panią z sąsiedztwa w ośrodku opieki. Chcecie go pokochać jeszcze bardziej? Ależ proszę: przejął opiekę nad kotem staruszki, bo inaczej Pieszczoch skończyłby w schronisku. 
Jeśli tacy chłopcy jak Dylan, istnieją naprawdę, to są na wagę złota. 
Emery jednak stroni od dobrych chłopaków, ponieważ to właśnie z powodu kogoś takiego ucieka od przeszłości.

Wcześniej wierzyłam, że miłość i przyjaźń są wieczne. Że mogą wszystko przetrzymać. Ale teraz wiedziałam już, że była tylko jedna osoba, na której mogłam zawsze i wszędzie polegać: ja sama.

Także Emery również odbiega nieco od typowych bohaterek tego gatunku. To prosta dziewczyna, niespecjalnie rzucająca się w oczy, która na dodatek, jak na swój wiek, jest wyjątkowo zgorzkniała. Emery straciła wiarę w miłość i przyjaźń, a na wszelkie próby zbliżenia się do niej, szczególnie te bardziej żartobliwe, często reaguje agresją. Może być przez to odbierana, jako niesympatyczna, ale to jedna z tych postaci, która zdecydowanie zyskuje przy bliższym poznaniu. 

Książka porusza bardzo ważną w dzisiejszych czasach kwestię zagrożeń, związanych z internetem i mediami społecznościowymi; ukazuje, jak za pomocą internetu można zniszczyć czyjąś godność osobistą, zaszczuć, skompromitować w oczach otoczenia. Publiczne upokorzenie ma ogromną moc i każdy, kto miał do czynienia z internetowym hejtem, będzie wiedział, co czuje ta dziewczyna, dlaczego trzyma innych na dystans i nie jest zbyt skora, by komukolwiek znów zaufać. Historia Emery, rozpoczynającej kolejny rozdział życia w nowym środowisku, bazuje więc na dość trudnym motywie z odbudowywaniem poczucia własnej wartości i ukazuje, że od błędów przeszłości czasami nie ma ucieczki. Co nie znaczy, że trzeba za nie płacić do końca życia.

Żeby jednak nie było zbyt poważnie - w końcu to przyjemna młodzieżówka - FIRST LAST LOOK kryje w zanadrzu również całkiem sporo przyjemnego humoru, który równoważy fabułę; bawią zwłaszcza wzajemne, trochę szczeniackie kawały, jakie w niekończących się odwetach robią sobie Emery i Dylan :D

Debiut Bianki Iosivoni ma swoje potknięcia, nawet nie licząc sporej ilości literówek; pewne sytuacje są nieco naciągane, a niektóre sprawy zostały rozwiązane zbyt pobieżnie. Jednak czytało mi się tę powieść wyjątkowo dobrze, a lekkiemu stylowi autorki, choć nie jest wyszlifowany na diament, nie mam nic do zarzucenia. Udało jej się stworzyć przyjemną historię w dość subtelnej, słodko-gorzkiej romantycznej otoczce, z fajną parą głównych bohaterów, których relacja rozwija się i buduje stopniowo, a nie na łapu capu - co, nie ukrywam, również szczególnie mnie ujęło. Nie mogło w tej historii zabraknąć także sympatycznej paczki zróżnicowanych charakterami przyjaciół w tle, którzy zapowiadają się ciekawie, jak na bohaterów kolejnych części.

Czyta się tę książkę ot, dla rozrywki, a okazuje się, że zakrada się trochę do serca, rozgrzewa je, wywołuje szczery uśmiech i naprawdę sporo miłych emocji :)


Ludzie, którym najbardziej ufasz, to również ci, którzy mogą cię najbardziej zranić.


F I R S T   L A S T   L O O K
(DER LETZTE ERSTE BLICK)
CYKL: FIRST # 1
BIANCA IOSIVONI
PRZEKŁAD: JOANNA SŁOWIKOWSKA
WYDAWNICTWO JAGUAR
2019

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

ROZSTRZYGNIĘCIE CALLIE I KAYDENA







Callie i Kayden to dla mnie szczególna para. Oni pierwsi skradli mi spory kawałek serca. Od nich właśnie i od książek Jessiki Sorensen zaczęła się moja przygoda i fascynacja literaturą nurtu New Adult, która z powodzeniem trwa do dziś. ROZSTRZYGNIĘCIE CALLIE I KAYDENA to finał ich historii, która rozpoczęła jedną z lepszych w swym gatunku serię THE COINCIDENCE.
 

W pierwszych dwóch częściach o tej parze, przeczytanych niemal dwa lata temu, poznałam, z jakimi dramatami się oboje zmagali, nim studia na tej samej uczelni sprawiły, że poznali się bliżej. Zostali parą i pomogli sobie wzajemnie przejść przez najgorsze, walcząc z niszczącymi ich autodestrukcyjnymi skłonnościami i wychodząc w końcu w życiu na prostą. Nie było to łatwe. Callie prześladowała dotkliwa trauma z dzieciństwa, a Kayden był od lat ofiarą brutalnej rodzicielskiej przemocy.

Od tamtych wydarzeń, które ostatecznie ich ze sobą związały, minął rok. Oboje nadal studiują i robią pierwsze nieśmiałe wspólne plany na przyszłość. Kaydena czeka prawdopodobnie kariera zawodowego sportowca, a Callie z kolei widzi dla siebie szanse w pisaniu. Nic im już nie zagraża. Ale czy na pewno? Zarówno prześladowca Callie jak i ojciec Kaydena, zamiast siedzieć za swe postępki w więzieniu, wciąż przecież są gdzieś na wolności. Pokonane demony z przeszłości, chorobliwe nawyki także jeszcze potrafią dać o sobie znać. Czasami byle impuls wystarczy, by odezwały się dawne skłonności, nad którymi trudno zapanować. Czy Callie i Kayden, już dużo dojrzalsi, znając się praktycznie na wylot i wyczuwając swoje nastroje, potrafią ustrzec się wzajemnie przed powrotem do koszmaru, z którego z takim trudem się wyswobodzili? I czy na pewno są już gotowi na start w dorosłość już wspólną drogą?

Jak zwykle u Jessiki Sorensen, ta historia skupiona jest przede wszystkim na emocjach. Autorka znana jest z tego, że nie oszczędza swych bohaterów, tym razem jednak jest już dużo spokojniej, niż w poprzednich częściach, choć pewne sprawy w życiu Callie i Kaydena wciąż wymagają ostatecznego rozwiązania, by można je było zamknąć i ruszyć dalej. Oboje muszą raz na zawsze oddzielić przeszłość od przyszłości, ale też docenić w pełni to, co wspólnie osiągnęli. Znając ich już wcześniej, wiedziałam, czy ich na to stać, a jednocześnie byłam w stanie zrozumieć ich wahania i obawy.

"Nie mogę się zamartwiać tym, że Callie mnie zrani, bo ma taką moc. Całkowicie zawładnęła moim sercem i duszą. Z łatwością może je złamać."

Serie mają to do siebie, że z reguły są mniej lub bardziej naciągane, jak wleczone w nieskończoność nieszczęsne Bad Boy's Girl. Mam wrażenie, że także i ROZSTRZYGNIĘCIE CALLIE I KAYDENA dla niektórych pewnie będzie już niepotrzebnym odgrzewaniem kotleta. Ale myślę też, że znajdą się również i tacy, którym dobro Callie i Kaydena leży na sercu (bo na nie w pełni zasłużyli!) i którym miło będzie spotkać się ponownie z tą sympatyczną parą i przekonać się, czy pisany jest im ostateczny happy end. Przyznam, że ja byłam szczerze ciekawa, co u nich słychać i jak sobie radzą po tym wszystkim, co ich spotkało. Czy podołają nowym wyzwaniom, jakie stawia przed nimi wspólna przyszłość. Na dodatek Callie ze względu na swe pisarskie zapędy jest mi zwyczajnie bliska.

Plusem tej książki jest dla mnie również ponowne spotkanie z Sethem, moim ulubieńcem pośród bohaterów całej serii THE COINCIDENCE. Nie ma go tu, co prawda, zbyt wiele, bo i sama powieść jest skromna rozmiarem, ale każde jego pojawienie się wnosi do fabuły ożywczy humor (a jakże!:D) i ciepło. Pisałam już o tym wcześniej, ale nie mogę się powstrzymać, więc powtórzę: z niecierpliwością wyczekuję ukazania się u nas kolejnego tomu tej serii - właśnie o Secie i o jego chłopaku, Greysonie!
 

Przeczytanie ROZSTRZYGNIĘCIA... mogłabym porównać do odwiedzin u dawno nie widzianych dobrych znajomych, których się szczerze lubi. Miło było jeszcze raz się z nimi spotkać, a przyjemne wrażenia, jakie po sobie zostawili, na pewno będą mi towarzyszyły jeszcze przez dłuższy czas.

Dodam na koniec, że jest to książka w sam raz na teraz, ponieważ akcja rozpoczyna się w okolicach Halloween, więc idealnie wstrzela się w obecną porę roku i podkręca miłą jesienną atmosferę, dając także przedsmak zbliżających się świąt!


"Czy to możliwe, by zakochać się w kimś, kogo już kochasz? Bo zdaje się, że to mi się właśnie przydarzyło."


ROZTRZYGNIĘCIE CALLIE I KAYDENA
(THE RESOLUTION OF CALLIE AND KAYDEN)
CYKL: THE COINCIDENCE # 6
JESSICA SORENSEN
PRZEKŁAD: EWA HELIŃSKA
WYDAWNICTWO ZYSK I S-KA
2018

Za egzemplarz dziękuję serdecznie Wydawnictwu Zysk i S-ka.

KONTAKT ALARMOWY


























Dowiedziałam się z tej książki, że w Korei na coś, co się polubi, mówi się, że pasuje do serca. Tak też się sprawa ma z moim sercem i tą powieścią, która wyglądała mi na typową przedstawicielkę NA, a tymczasem okazała się dość specyficzna. Lubię jak w książce jest dużo rozkmin, jeśli są one oparte na prawdziwych życiowych problemach, a nie bolączkach wyssanych z palca. KONTAKT ALARMOWY jest właśnie taką książką, w której zamiast wbijających w fotel zwrotów akcji czy tak wszechobecnej w młodzieżówkach tego typu romansowej sieczki, otrzymałam trochę zagmatwaną, dość subtelną historię w głównej mierze o zaufaniu, której bohaterowie służą sobie za doraźne pogotowie telefoniczne.

A oto i oni:

Sam - 21 lat, wytatuowany ex-skaterboy o złamanym sercu, bez grosza przy duszy. Marzył o zostaniu reżyserem filmów dokumentalnych, ale wiadomo, jak to bywa z marzeniami, kiedy nie ma się kasy. Rodzice Sama ... mówiąc w skrócie, nie powinni być rodzicami. Chłopak mieszka kątem w klitce na strychu budynku, w którym mieści się kawiarnia, gdzie pracuje. Potrafi piec różne pyszne ciasta (oczarował mnie tym!), ale jak na ironię losu, nie raz przychodzi mu dosłownie głodować.

Penny - 18 lat, drobna Amerykanka koreańskiego pochodzenia, która zamierza zostać pisarką. Pisarskie powołanie dopadło ją po lekturze słynnego komiksu Maus. Wychowana przez lekkomyślną matkę, której zdarza się zapominać, że Penny to jej córka, nie koleżanka, dziewczyna czuje potrzebę uwolnienia się od ciążącego jej matczynego towarzystwa (choć jest jeszcze jeden, znacznie poważniejszy powód, dla którego najchętniej wyjechałaby byle najdalej od domu). Często też lubi odciąć się od otaczającego ją świata, wycofując się w ten, który sama kreuje w swej powieści  - co, nie ukrywam, sprawiło, że mogłam się z nią w sporym stopniu identyfikować.

"...matka w którymś momencie założyła, że jej córka może być rodzicem dla samej siebie."

Samowi i Penny nie jest w życiu lekko, oboje musieli przedwcześnie dorosnąć, wyzbyć się pewnych złudzeń, i jak na swój wiek wydają się dość zgorzkniali. A że sama też taka trochę jestem, polubiłam tych introwertycznych smutasów, kibicując im w dążeniu do realizacji ich zainteresowań, które ich uskrzydlają, i rozwojowi ich alarmowej znajomości we właściwym kierunku. Jak już wspomniałam, książka Mary Choi jest dość specyficzna, niektórzy pewnie powiedzą, że dziwna, między innymi dlatego, że fabuła skupia się bardziej na wątkach pobocznych, niż tym, który mógłby uchodzić za główny. Mam nawet pewne wątpliwości, czy w ogóle właściwe jest nazwać go romansowym - tak jest delikatny. Podejrzewam, że niekoniecznie wszystkim się to spodoba, ale jak dla mnie okazało się zdecydowanym plusem tej powieści. Dzięki temu mogłam lepiej skupić się na bohaterach, bliżej ich poznać i zrozumieć przyczyny ich psychicznego wycofania. Urzekł mnie też szczególnie wątek życiowych pasji obojga; epizody z nastoletnimi skaterami, o których Sam postanawia kręcić film, są wyjątkowo realistyczne, a opowiadanie Penny o cyber-dziecku - poruszające.

"Kolejna zarwana noc oznaczała jeszcze jeden dzień kiepskiego funkcjonowania i poczucie, że świat jest przytłumiony, jakby odbierany gdzieś spod powierzchni wody."

KONTAKT ALARMOWY to powieść, jak na debiut, całkiem zgrabna i błyskotliwa, choć nie pozbawiona pewnych drobnych potknięć, m.in. odrobiny niepotrzebnych dłużyzn. To napisana z lekkim, choć gorzkawym humorem, chwytająca za serce historia o trudach odbudowywania mocno rozchwianych relacji ze światem - o co nie trudno w dzisiejszym świecie, kiedy komunikujemy się ze sobą łatwiej niż kiedykolwiek przedtem, ale paradoksalnie rzadko kiedy nas to naprawdę ze sobą zbliża. Sms-y czy maile to komfort i możliwość zachowania bezpiecznej przestrzeni, ale forma takiego kontaktu okazuje się na dłuższą metę zwyczajnie niewystarczająca. Historia Penny i Sama wskazuje też na to, jak ważne jest mieć w życiu komu w razie potrzeby zaufać i móc się zwierzyć.

Powieść Mary Choi, wydana z przepiękną okładką, która na pewno wpadnie w oko każdej okładkowej sroce (a sama też nią jestem:)), ma w sobie przyjemną, jesienną melancholię, i prawdopodobnie także dlatego dobrze do mnie trafiła. Świetnie się ją czyta w długie jesienne wieczory. Jeśli lubicie takie klimaty, polecam, najlepiej sprawdźcie sami. W książce kryje się też sympatyczny polski akcent, który, jak już go znajdziecie, pewnie Was miło zaskoczy :)

"Wiadomości niosły ze sobą słowa, lecz były pozbawione niezręczności. Mogli się dogłębnie poznać i poczuć ze sobą swobodnie, zanim musieliby robić którąkolwiek z niepotrzebnie przytłaczających rzeczy, jak patrzenie sobie w oczy."


KONTAKT ALARMOWY
(EMERGENCY CONTACT)
MARY K.H. CHOI
PRZEKŁAD: MARTA FABER
WYDAWNICTWO ZYSK I S-KA
2018

Za egzemplarz dziękuję serdecznie Wydawnictwu Zysk i S-ka.

SŁODKIE ZWYCIĘSTWO


Od jakiegoś czasu w romansach aż roi się od kipiących testosteronem sportowców. A to footballiści, a to koszykarze, to znów hokeiści... Wszyscy mają dziewczyn na pęczki, a potem zawsze okazuje się, że tak naprawdę interesuje ich zaledwie jedna z nich ;) I tylko jakoś baseballistów było w tym wszystkim jak na lekarstwo - ale J. Sterling naprawiła ten błąd, tworząc serię, w której mowa jest o ukochanym sporcie Amerykanów, oraz postać Jacka Cartera, zdolnego chłopaka drużyny uniwersyteckiej, który zostaje jednym z najlepszych graczy w Stanach.

Jeśli czytaliście wcześniejsze tomy THE PERFECT GAME, to zdążyliście pewnie Jacka polubić - lub wręcz przeciwnie. Jeśli z kolei zaglądacie na mojego bloga, to mogliście dowiedzieć się z recenzji, że z zachwytu nad dwiema wcześniejszymi książkami raczej nie piałam. Po drugim tomie serii, który wydawał mi się zwyczajnie niepotrzebny, nie sądziłam, że jeszcze się kiedyś z Jackiem spotkam. A jednak! Kiedy na portalu Czytam Pierwszy pojawiła się część trzecia, uznałam, że chcę poznać zakończenie tej historii i skusiłam się. I nie żałuję, bo książka okazała się naprawdę niezła.


Trzeci tom THE PERFECT GAME to oczywiście dalszy ciąg losów Jacka i wybranki jego serca, Cassie, którzy w końcu biorą ślub i rozpoczynają nowy, wspólny etap w swoim życiu. Ich związek przetrwał już niejedną trudną chwilę, i tym razem również zostaje wystawiony na pewną próbę. Zarówno prywatnie, jak i zawodowo wiedzie się im bardzo dobrze: Cassie ma wymarzoną pracę w renomowanym czasopiśmie, a Jack nadal gra w nowojorskich Metsach. Mają piękny apartament z bajecznym widokiem na miasto, a przed sobą świetlaną przyszłość. Jednak jeden przypadek sprawia, że wszystko się zmienia. Jack doznaje poważnej kontuzji dłoni, na skutek czego ląduje na przymusowym zwolnieniu. Rozdrażniony bezczynnością, zaczyna prowokować kłótnie z żoną. A cierpliwość Cassie ma swoje granice.

W tym tomie bohaterowie są już dojrzalsi, i nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że i styl autorki jakby dojrzał, nabrał szlifu i lekkości, dzięki czemu książkę czytało się dużo lepiej, niż poprzedniczki. Klarowniejsza i bardziej poukładana wydaje się też fabuła. Nie ma tu niespodziewanych i bezsensownych zwrotów akcji, jakie zdarzały się wcześniej, i które mogły przyprawić o istny ból głowy. Wszystko jest, co prawda, do przewidzenia - ale w jakiej książce tego typu bywa inaczej?

Trzecie spotkanie z Jackiem i Cassie to już niemal jak wizyta u starych znajomych. Wcześniej potrafili mnie tak zirytować, że nie byłam nawet pewna, czy ich polubiłam. Tym razem jednak nabrali wyrazistości, a ich oparty na partnerstwie związek - ciepła i piękna. Sporo w życiu osiągnęli, sporo zrozumieli. Powoli zaczynają się zmieniać ich życiowe priorytety. Do Jacka dociera, że jego ukochany baseball to nie tylko gra, której oddał serce, ale także bezpardonowy biznes, gdzie liczą się najlepsi. Kontuzja uświadamia mu, że mimo swojego niewątpliwego talentu, nie jest niezastąpiony - w kolejce, by zająć jego miejsce w drużynie, czeka już kilku innych. Ta sytuacja budzi w nim frustrację i rozgoryczenie, ale też skłania do przemyśleń. Może lepiej odejść w momencie, kiedy jeszcze jest czas, by zacząć korzystać z życia? Również Cassie staje w pewnym momencie przed wyborem, czy jej kariera zawodowa jest dla niej ważniejsza od rodziny.

A w tym tomie w kwestii rodziny dużo się dzieje! łącznie z narodzinami kolejnego pokolenia Carterów - to najsłodsza część tej książki. Co ciekawe, autorka zastosowała także ciekawy zabieg w epilogu, przesuwając akcję o kilkanaście (!) lat do przodu, dzięki czemu mamy jedyną w swoim rodzaju okazję ujrzeć rodzinę Carterów oczyma potencjalnego nowego bohatera - Chance'a.

Pośród postaci drugoplanowych pojawiają się w książce znani już z poprzednich części Dean i Melissa oraz Trina i Matteo. Są też dziadkowie Carterów, wnoszący do tej historii atmosferę rodzinnego ciepełka. Dean, który jest bodaj moją ulubioną postacią z całej serii (i który powinien być bohaterem drugiego tomu!) nadal nie może ułożyć sobie życia z kapryśną Melissą. Tu może pomóc tylko sprawdzone i dobre na wszystko tzw. babciowanie ;) W perypetiach bohaterów jest miejsce na humor, ale i na sensowną refleksję, co jest kolejnym zdecydowanym plusem tej książki.

Moja przygoda z THE PERFECT GAME dobiegła końca. Początki były słabe, potem było jeszcze gorzej. Jednak SŁODKIE ZWYCIĘSTWO okazało się... zwycięskie. To moim zdaniem najlepsza fabularnie i najlepiej, najdojrzalej napisana część z całej serii, co do której podejrzewam, że skradnie niejedno czytelnicze serce. I chociaż sama raczej nie zaliczam się do fanek tej serii, cieszę się, że mogłam tę książkę przeczytać i przekonać się, czy Carterowie ostatecznie wyszli na prostą.

"Jack był muszlą, wyrzucaną na brzeg oceanu to tu, to tam przez przypływy i odpływy czegoś znacznie potężniejszego od niego. A ja byłam piaskiem, oblepiającym go ze wszystkich stron, łagodzącym jego upadki."

S Ł O D K I E   Z W Y C I Ę S T W O
(THE SWEETEST GAME)
CYKL: THE PERFECT GAME # 3
J. STERLING
PRZEKŁAD: MONIKA WIŚNIEWSKA
WYDAWNICTWO SQN
2018

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu SQN oraz portalowi Czytam Pierwszy.

ELLA I MICHA. SPEŁNIONE MARZENIA


























Jessica Sorensen to autorka, co do której mogę powiedzieć, że wiem, czego się po niej spodziewać. Pisze młodzieżówki, w których pierwsze romantyczne uniesienia młodych bohaterów przeplatają się z brutalnością i okrucieństwem realiów, w jakich przyszło im żyć. Przemoc, uzależnienia, nawet zabójstwa - wszystko to nadaje tym opowieściom specyficznego, mrocznego charakteru. W przypadku historii Elli May Daniels i Michy Scotta tego okrucieństwa jest ciut mniej, jednak problemów na pewno im nie brakuje.

SPEŁNIONE MARZENIA to już czwarta - i chyba nie ostatnia - część cyklu THE SECRET. Muszę tu przyznać, że z braku możliwości nie czytałam wcześniejszych części i rozumiem, że ktoś może zapytać, czy był w takim razie sens sięgać po ten tom. Po lekturze mogę powiedzieć tyle, że... właściwie nic nie stoi temu na przeszkodzie. Fabuła w wystarczającym stopniu nawiązuje do wydarzeń w poprzednich książkach, pozwalając się dobrze zorientować w sytuacji i poznać przeszłość pary głównych bohaterów.

A jest to dosyć barwny duet. Ella - która chce zostać artystką i Micha - muzyk samouk, dorastali po sąsiedzku. Od najmłodszych lat przyjaźnili się ze sobą, wiedząc o sobie wszystko. Byli również świadkami swych rodzinnych dramatów. Ojciec chłopaka porzucił jego i matkę, gdy Micha był mały. Chora psychicznie mama Elli popełniła samobójstwo. Brat i ojciec Elli obwili ją za to nieszczęście, obarczając ciężarem ponad jej siły. Dziewczyna popadła w depresję, która doprowadziła ją na skraj wytrzymałości. Przed skokiem z mostu prosto w toń uchronił ją jej przyjaciel, Micha. Taki był początek ich związku, w którym od początku nie brakowało namiętności - ale również i kłopotów.

"...czasem trudno być szczęśliwym, albo nawet przyznać się, że jest się na tyle dobrym, by być szczęśliwym. Że się na to zasługuje. Odmawiasz więc sobie tego uczucia i je zwalczasz."

Ella i Micha dużo razem przeszli, co scementowało ich związek. Ślub wydaje się być ukoronowaniem ich uczucia. Tylko, że Ella w ataku paniki już raz wcześniej czmychnęła sprzed ołtarza. I wszystko wskazuje na to, że są wszelkie szanse, by to powtórzyła. Tajemnicza przesyłka z dziennikiem jej matki znów wytrąca ją z równowagi. Jakby tego było mało, Micha otrzymuje upragnioną propozycję trasy koncertowej, co najprawdopodobniej oznacza rozstanie z Ellą na kilka długich miesięcy...

"To od zawsze kryło się we mnie. Mówiło, bym znikała, gdy uczucia stają się zbyt głębokie i skomplikowane."

Akcja SPEŁNIONYCH MARZEŃ toczy się na dobrą sprawę na przestrzeni zaledwie tygodnia, tuż przed Gwiazdką. We wszystkich książkach Jessiki Sorensen, jakie dotąd czytałam, miejscem fabuły był Wyoming, czyli stan, w którym mieszka sama autorka. Nie zdziwiło mnie więc ani odrobinę, że Ella i Micha również stamtąd pochodzą. Wracają do rodzimego miasteczka, w którym dorastali, by właśnie tutaj, w atmosferze świąt Bożego Narodzenia, wziąć ślub.

Narracja, tradycyjnie jak to u Jessiki Sorensen, poprowadzona jest dwutorowo, co pozwala nam przyjrzeć się wydarzeniom z dwóch nakładających się na siebie perspektyw. Styl autorki jest, jak zwykle,  przyjemny w odbiorze, sprawia, że książka czyta się niemal sama, a każdy z bohaterów jest wyraziście wykreowany. Spore role odrywają tutaj niebanalne postacie drugoplanowe - Lila i Ethan (którym nawiasem mówiąc Jessica Sorensen poświęciła osobną książkę). Co do pary głównych bohaterów - chyba od czasów Callie i Kaydena oraz Setha i Greysona nie czułam do postaci stworzonych przez tę autorkę tyle sympatii, co właśnie do Elli i Michy. Oboje mają w sobie coś nieodparcie uroczego, posiadają ciekawe osobowości, i nadają tej historii bardziej romantycznego niż romansowego charakteru.

Ella przypomina mi Violet Hayes z wcześniejszej serii o Violet i Luke'u. Jest tak samo zadziorna, pogubiona, i lubi balansować na krawędzi, co zwykle wpędza ją w kłopoty. Jednak w tej odważnej dziewczynie, która lubi wyzywające stroje, kryje się ktoś spragniony poczucia bezpieczeństwa, otuchy, miłości.
Wszystko to oferuje jej Micha - chłopak, który czuwał nad nią od lat, i który zapragnął otoczyć ją opieką na resztę życia. Pełen charyzmy Micha ma swoje marzenia, związane z muzyką, ale nigdy nie przesłaniają mu one celu jego życia - by być z Ellą. To bardzo dojrzały wewnętrznie chłopak z poukładanymi priorytetami, którego mogłaby pozazdrościć Elli każda dziewczyna.

"Na jego widok rozplątały się wszystkie supły z moich zdezorientowanych myśli".

Historia  tej pary ma w sobie jakiś wdzięk, którego nie potrafię do końca określić. Jest trochę melancholijna, wzruszająca, powiedziałabym nawet, że subtelna. Ella i Micha pięknie się nawzajem uzupełniają i wspierają, pomagają zaleczyć blizny po tym, co spotkało ich wcześniej. Dojrzewają w tym związku, zaczynając poważnie kształtować swoje wspólne życie. Podoba mi się, że robią to mądrze i rozważnie, patrząc w nadzieją w przyszłość, ale mimo wszystko pozwalając również, by w ich życiu obecne były najlepsze momenty z przeszłości. Wiąże się to z pogodzeniem się z pewnymi sprawami, których nic już nie odmieni, i przebaczeniem, na które pewnie nie każdego stać.

Historia Elli i Michy ukazuje, jak ważne, wręcz kluczowe w życiu jest dać sobie szansę na miłość i bycie kochanym, i jak ogromne znaczenie ma wsparcie ze strony bliskiej ukochanej osoby. Lęk przed przyszłością, strach przed odrzuceniem czy niepowodzeniem, to nieodzowna część życia każdego z nas. Liczy się tylko to, jak sobie z tym wszystkim poradzimy i czy będziemy mieli obok siebie w ciężkich chwilach kogoś, kto pomoże nam je przetrwać. Kto będzie naszym światłem w mroku, jak Micha dla Elli.

Na koniec przyznam się, że ta książka była dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Chyba nie spodziewałam się, że jako któraś tam z kolei z serii, okaże się tak dobra. Serie zwykle mają to do siebie, że z każdym kolejnym tomem są słabsze. Ale widocznie nie dotyczy to kreatywności Jessiki Sorensen. I jest to dla mnie jeszcze jeden powód, by sięgać po kolejne jej książki, jak również obowiązkowo poznać wcześniejsze części THE SECRET.


E L L A   I   M I C H A .  S P E Ł N I O N E   M A R Z E N I A
(THE EVER AFTER ELLA AND MICHA)
CYKL: THE SECRET # 4
JESSICA SORENSEN
PRZEKŁAD: EWA HELIŃSKA
WYDAWNICTWO ZYSK I S-KA
2018

Za egzemplarz dziękuję serdecznie Wydawnictwu Zysk i S-ka

TEN JEDEN ROK

Uwielbiam, po prostu uwielbiam TEN JEDEN DZIEŃ, i to się już nigdy nie zmieni. Opowiedziana w tej książce historia totalnie skradła mi serce i wciąż jeszcze przeżywam to tak, jakbym ją dopiero przeczytała (choć od tej chwili minie niedługo rok), a Allison i Willem stali się jedną z moich absolutnie ukochanych książkowych par. Powieść jest pierwszym tomem serii, ale kończącym się całkiem solidnie, i właściwie trudno jej cokolwiek pod tym względem zarzucić; jednak nie da się ukryć, że końcówka, choć wyjątkowo urokliwa, w pewien przewrotny sposób budzi ogromny niedosyt. Dlatego z taką niecierpliwością wyczekiwałam okazji, by dorwać w swe ręce tom drugi i przeżyć tę historię jeszcze raz, dowiedzieć się czegoś więcej o przyczynach, które tak gwałtownie rozdzieliły Allison z jej przygodnie poznanym kochankiem. Ten szczęśliwy moment w końcu nadszedł, książka trafiła w moje ręce i przeczytałam ją w ekspresowym tempie. Tak jak przypuszczałam, wrażeń było bez liku!

"... wszechświat działa według tego samego prawa powszechnej równowagi, co rynki. Zawsze, kiedy czymś nas obdarza, każe za to w jakiś sposób zapłacić."

Podczas gdy w pierwszej części to Allison była narratorką, TEN JEDEN ROK to historia opowiedziana dla odmiany przez Willema. Akcja powieści rozpoczyna się w dramatycznym momencie, w którym oboje po namiętnej nocy, pechowym zrządzeniem losu tracą się z oczu. Willem nie ma pojęcia, że kiedy rankiem wyjdzie na zakupy, trafi do szpitala z podejrzeniem wstrząsu mózgu, a gdy po pewnym czasie w końcu przypomni sobie, kogo i gdzie zostawił, będzie już za późno. Dziewczyna znika. Być może jakoś by ją odnalazł, gdyby nie fakt, że... nie zna nawet jej prawdziwego imienia. W wygłupach nazwał ją Lulu i tak już zostało. Jak więc odnaleźć kogoś, o kim się prawie nic nie wie i kto na dodatek mieszka za oceanem?

"Nic tak dobrze nie pozwala zapomnieć o problemach jak dziewczyny. Dopóki jedna z nich sama nie stała się problemem, o którym musiałem zapomnieć."

Krótka, ale intensywna znajomość z Lulu kładzie się cieniem na dalszych poczynaniach naszego biednego Willema. Chłopak nie może sobie znaleźć miejsca, wciąż wracając myślami do dnia w Paryżu, spędzonego z ciemnowłosą Amerykanką. Zdesperowany, jedzie nawet za ocean, ale jego poszukiwania spełzają na niczym. Urok osobisty Willema wciąż działa, więc po drodze zdarzają się jakieś inne dziewczyny, lecz on sam czuje, że to z Lulu połączyło go coś szczególnego, jakby była mu przeznaczona.

W tej części wyjaśnia się, co było dla Willema taką bolączką w życiu, że czmychnął z rodzimej Holandii, rzucając wszystko łącznie ze studiami, by kilka kolejnych lat tułać się bez celu po Europie - byle tylko nie wrócić do domu. Poznajemy historię jego rodziny i przyczyny, dla których trzymał się tak długo z daleka od związanych z nią spraw. Muszę przyznać, że okazały się one wyjątkowo przykre i zaczęłam lepiej rozumieć jego chęć ucieczki i odcięcia się od przeszłości, potrzebę rzucenia się w wir życia bez rozpatrywania tego, co było. Autorka jak zwykle stanęła na wysokości zadania, tworząc z Willema w pełni wiarygodną postać zagubionego chłopaka, który uciekł w rozgoryczeniu i gniewie, ale z czasem, pod wpływem nieprzemijającego uczucia do Lulu, a także nowo poznanych ludzi, zaczyna powoli odbudowywać swoje relacje ze światem. Podobał mi się szczególnie motyw odkrywania na nowo jego trudnej więzi z matką oraz to, z jaką determinacją  dążył do odnalezienia Lulu; jak z pozornego lekkoducha wyłonił się z niego ktoś gotów stawić czoła problemom, zamiast przed nimi uciekać lub udawać, że ich nie ma. Czy muszę dodawać, jak bardzo trzymałam kciuki za to, by w końcu odnalazł równowagę i spokój, pozwolił sobie znów kochać i być kochanym?

"Czasem przeznaczenie albo życie, albo jakkolwiek zechcesz to nazwać, zostawia drzwi uchylone i możemy przez nie przejść. Ale czasem je rygluje i wtedy trzeba znaleźć klucz albo wytrych, albo wywalić całą cholerną framugę kopniakiem."


O ile w pierwszym tomie spora część akcji toczyła się w Paryżu, o tyle w drugim jest znacznie więcej wałęsania się po świecie. Oczywiście znów, tak jak i poprzednio, pojawia się motyw teatru i aktorstwa, i odgrywa bardzo ważną rolę, bo Willem to urodzony aktor. Co ciekawe, w pewnym momencie gra nawet... w Bollywood  - wiem, co pomyślicie, ale to nie żart, choć potraktowany przez autorkę z wyraźnym przymrużeniem oka, a i sam Willem zdaje się mieć do tego spory dystans. Co nie zmienia faktu, że sam motyw Indii, choć może nie jakiś wybitnie ważny, motyw tamtejszej mentalności oraz tamtejszego przemysłu filmowego został przedstawiony naprawdę ciekawie!

Książka utrzymała wysoki poziom jedynki, perfekcyjnie zazębia się z nią w odpowiednich momentach i świetnie ją dopełnia. Cenię sobie w powieściach Gayle Forman ich subtelność przy jednoczesnym zachowaniu realizmu i brak przesady w słodzeniu. Wszystko to tutaj znalazłam. Na dodatek ta historia nie mogłaby skończyć się lepiej, wyszło idealnie. A jednak ten niedosyt, który tak mnie dręczył po pierwszym tomie, po przeczytaniu drugiego zelżał właściwie tylko odrobinę. Być może byłoby inaczej, gdybym nie wiedziała, że istnieje jeszcze trzecia część, taka wisienka na torcie - bardzo krótka, bo liczący sobie ok. 40 stron książeczka pt. JUST ONE NIGHT, jak dotąd w ogóle u nas nie wydana, a ponoć cudnie zwieńcza całość. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że dane mi będzie kiedyś ją przeczytać i że poczuję się już naprawdę w pełni usatysfakcjonowana, poznając piękną i niezapomnianą historię Allison i Willema aż do końca.

"Nie jestem pewien, czy da się równocześnie kochać kogoś i zapewnić mu bezpieczeństwo. Kochać kogoś to już z gruntu ryzykowny akt, lecz zarazem bezpieczeństwo można znaleźć tylko w miłości."


T E N   J E D E N   R O K
(JUST ONE YEAR)
CYKL: JUST ONE DAY # 2
GAYLE FORMAN
PRZEKŁAD: HANNA PASIERSKA
NASZA KSIĘGARNIA
2015

SREBRNA DZIEWCZYNA





Znacie to powiedzenie co cię nie zabije, to cię wzmocni? Otóż jest ono chyba życiową dewizą bohaterki i narratorki SREBRNEJ DZIEWCZYNY Leslie Pietrzyk. Wychowana na prowincjonalnym zadupiu gdzieś w Iowa, przyjechała do miasta na studia. Biedna, licząca dosłownie każdego centa, niezbyt atrakcyjna, zaprzyjaźnia się z dziewczyną, będącą jej przeciwieństwem - bogatą, piękną i pewną siebie Jess. Pozwala się wykorzystywać, upokarzać, czasem wydaje się niemalże bezwolna. Jest skryta, zamknięta w sobie, nieskora do dzielenia się informacjami na swój temat. To wrażenie skrytości potęguje jeszcze fakt, że przez całe 383 strony książki pozostaje właściwie bezimienna. Jej zachowanie budzi litość, ale chwilami także taką irytację, że miałoby się ochotę mocno nią potrząsnąć.

Kiedy w międzyczasie zaczynają wyłaniać się z tej historii różne szczegóły dotyczące jej przeszłości, domu rodzinnego, w którym została jej młodsza siostra, nie można się oprzeć wrażeniu, że wkracza się na wyjątkowo grząski teren. Dowiadujemy się o sprawach latami zamiatanych cichaczem pod dywan. O tajemnicach, które nigdy nie miały prawa przekroczyć progu domu. Zaczynamy dostrzegać, że nasza dziewczyna to taka cicha woda, która ma co ukrywać i potrafi chłodno kalkulować. Zaczynamy też rozumieć, do czego byłaby zdolna, gdyby spuściła ze smyczy swoje skumulowane emocje. A te wszystkie wnioski nasuwają nam się na tle afery z zatrutymi cyjankiem kapsułkami tylenolu, od którego umiera 7 przypadkowych osób...

"Jedynym, czego mogłam być pewna przez resztę życia to to, że nigdy nie wolno mi pokazać złamanej, strasznej osoby, którą jestem, okropności, do jakich jestem zdolna."

Akcja książki obejmuje kilka lat, kiedy bohaterka studiuje, ledwo wiążąc koniec z końcem, nie mogąc liczyć z żadnej strony na konkretną pomoc, a jednocześnie żyjąc trochę na koszt przyjaciółki - która zresztą nigdy nie waha się jej tego wypomnieć. Jej przyjaźń z Jess oparta jest na dziwnej zależności. Jess jest jak otwarta karta, mówi naszej bohaterce o wszystkim; to typowy przykład gwiazdy, która sam złakniona uwagi, nie jest zbyt skora poświęcić jej trochę komukolwiek innemu - a już na pewno nie dziewczynie, z którą łączy ją rzekoma przyjaźń. Naszej bohaterce zdaje się to być nawet na rękę - okazuje się zręczną krętaczką, nie ujawniającą Jess niczego konkretnego na swój temat. Okłamuje ją nie tylko w sprawach dotyczących rodziny czy przeszłości; ukrywa przed nią także swoje obecne życie, i nie sposób w pewnym momencie nie stwierdzić, że mimo swojej stłamszonej pozycji i roli tła dla Jess, w gruncie rzeczy w jakimś pokręconym sensie zyskuje nad przyjaciółką znaczną przewagę.

"Bała się strachu, myliła go ze słabością, i jej sposobem na ten problem było styranizować samą siebie tak, by zrobiła coś, co ją przeraża. Ze mną było wprost przeciwnie: tak przywykłam do strachu, że niczego nie czułam."

Kreacja głównej bohaterki, która jest też narratorką tej historii, to istny psychologiczny majstersztyk. Przez całą lekturę właściwie trudno mi było się zdecydować, czy darzę tę dziewczynę sympatią, czy nie. Nawet kiedy wyraźnie wyczuwałam kryjący się za nią dramat, jej postępowanie wielokrotnie zbijało mnie z pantałyku, wydawało mi się kompletnie bez sensu, a ona sama zdawała się gubić w fałszywych sytuacjach, w które się zaplątała. Brak szczęścia, wyjątkowy pech, źle odczytywane, choćby i najlepsze intencje czy chęć uniknięcia jakiejkolwiek konfrontacji - wszystko to popycha ją do niezrozumiałych działań, uległości, szukania nietypowych, często niebezpiecznych wrażeń, stawiania sobie dziwnych celów, a w rezultacie czyni z niej postać, którą trudno właściwie ocenić. A może po prostu, w świetle tego wszystkiego, czego doświadczyła, nie powinno się jej w ogóle oceniać?

 "Nie było końca tym pragnieniom, potrzebom i wyobrażeniom, że jeszcze jedna rzecz będzie właśnie "tą" rzeczą, jeszcze jeden sweter, jeszcze jeden pocałunek, jeszcze jeden chłopak, jeszcze jedno cokolwiek."

Na uwagę zasługują też wykreowane z wnikliwością i starannością postacie drugoplanowe - zwłaszcza Jess, jej rodzice i jej chłopak Tommy. To ludzie wywodzący się ze środowiska, w którym mimo panującej recesji (akcja książki toczy się na początku lat 80-tych) wierzy się w siłę pieniądza. Tępawy Tommy studiuje dzięki pieniądzom ojca, Jess bezmyślnie zaspokaja swoje kaprysy na zakupach, dla ojca Jess nie ma sprawy, której nie dałoby się załatwić odpowiednią ilością banknotów.

Książka Leslie Pietrzyk to historia poruszająca niełatwe, szokujące tematy, będąca miksem powieści psychologicznej z młodzieżówką - i to połączeniem moim zdaniem udanym, chociaż styl, w jakim została napisana, może być ciężkawy w odbiorze. Powieść ma niespokojny klimat, mało dialogów, zaburzoną chronologię (wystarczy wspomnieć, że zaczyna się od części pt. Środek), czytając ją, trzeba się chwilami od niej oderwać, by przetrawić, co się przeczytało. Nie jest to lektura lekka i przyjemna, nie ma w sobie młodzieńczego wdzięku, nawet wątek romantyczny jest jak wyprany z emocji. Fabuła SREBRNEJ DZIEWCZYNY nawiązuje do autentycznego kryminalnego przestępstwa z prawdziwymi ofiarami, do którego doszło w Chicago. Autorce udało się bardzo zgrabnie wpleść ten motyw w fikcję i stworzyć historię o dziwnym, chwilami klaustrofobicznym charakterze, która jednak intryguje i wciąga, do końca trzymając w napięciu. Niestety właśnie finał okazał się najsłabszą częścią tej książki, który pozostawił mnie z dziwnym, jak na tak ciekawie wysnutą historię, uczuciem zdezorientowania i pustki.

SREBRNA DZIEWCZYNA to opowieść o walce o swoje miejsce w bezlitosnym świecie, w którym rządzi pieniądz; walce, która musi być czasem przemyślaną strategią, prowadzoną z ukrycia. To opowieść pokrętna i zdolna wyprowadzić czytelnika w pole. To historia o przeciętnej dziewczynie, z której życie zrobiło prawdziwą twardzielkę. Pytanie tylko: czy zdolną do wszystkiego?


S R E B R N A   D Z I E W C Z Y N A
(SILVER GIRL)
LESLIE PIETRZYK
PRZEKŁAD: JOANNA DZIUBIŃSKA
WYDAWNICTWO IUVI
2018

Za egzemplarz dziękuję serdecznie Wydawnictwu IUVI

ZŁA JULIA

W ubiegłym roku miałam okazję przeczytać polski debiut Leisy Rayven pt. ZŁY ROMEO, który jak na typowy młodzieżowy romans okazał się lekturą nie tylko udaną, ale i zaskakująco ekscytującą. Napisałam na jej cześć istny pean w recenzji i narobiłam sobie wielkiego apetytu na dalsze części serii, która liczy sobie w sumie 3 tomy. Zanim jednak przyszła w końcu kolej na ZŁĄ JULIĘ, zdążyłam już w międzyczasie poznać nieco opinii na jej temat i szczerze mówiąc mój entuzjazm nieco przygasł. Czego się jednak nie robi dla bohaterów, których się bardzo polubiło? Na pewno wypada dać im szansę. I to właśnie zrobiłam.

ZŁA JULIA wyraźnie ma za zadanie wyjaśnić, co właściwie doprowadziło do tego, że Cassie Taylor i Ethan Holt utknęli w tak pogmatwanej sytuacji, świata poza sobą wzajemnie nie widząc, ale jednocześnie nie mogąc być razem. Podobnie jak w części pierwszej, akcja powieści toczy się naprzemiennie - w latach studiów, kiedy Cassie i Ethan uczą się w szkole aktorskiej, i 6 lat później, gdy Ethan, autor miłosnego maila złożonego w bardzo znacznej części z zaledwie dwóch słów (tak, tak!), usilnie zabiega, by odzyskać Cassie. Nie bez znaczenia jednak jest tu fakt, że, jak wychodzi na jaw, robi to już... po raz trzeci. Pytanie, czy po tym, jak dwa razy na własne życzenie zniszczył związek swego życia, wart jest kolejnej szansy?


Leisa Rayven wykreowała Ethana na kogoś w rodzaju gniewnego, ale zagubionego chłopca, nic dziwnego więc, że zdobył szturmem wrażliwe serca czytelniczek, w tym również moje. Nie rozumiałam jedynie, i chyba już nie zrozumiem, przyczyn jego życiowych bolączek. Powinien dziękować niebiosom, że to nie Jessica Sorensen go stworzyła - wtedy dopiero miałby powody do płaczu. Pomijając jednak kwestię jego traumy, polubiłam go bardzo, nie mając zamiaru odlubić w ZŁEJ JULII. Niestety Ethan z czasów studiów bardzo, ale to bardzo się stara, by go jednak choć trochę znielubić.

"Od początku wiedziałem, że będę najgorszym, co kiedykolwiek mogło ci się przydarzyć, ale byłem słaby. Sprawiasz, że jestem taki cholernie słaby."

Użalania się nad sobą nie ma końca. Ethan zdaje się uparcie nie przyjmować do wiadomości, że może nie mieć racji ze swoimi czarnymi wizjami i przekonaniem, że on i Cassie mogą się nawzajem tylko zniszczyć. To kolejna z jego skomplikowanych cech, których nie jestem w stanie pojąć, dlatego uważam, że coś się w jego postaci Leisie Rayven nie udało - i ten drobiazg niestety ma duży wpływ na postrzeganie Ethana jako buntownika bez sensownego powodu, którym ma się w tej części jedynie ochotę porządnie potrząsnąć. 

"Cóż, czasami miłość nie jest magicznym lekiem na całe zło. Nie powinienem był pozwolić, by sprawy zaszły aż tak daleko. Nigdy nam się nie uda, a ja nie mogę wciąż udawać, że to możliwe. Ty też nie powinnaś."

Również postać Cassie, będącej podobnie jak w pierwszej części narratorką powieści, przechodzi metamorfozę. Nie ma już śladu po tej nieśmiałej, skromnej dziewczynie z pierwszego tomu - zastąpiła ją pewna siebie, zbierająca męskie hołdy nimfomanka z absolutną obsesją na punkcie różnych męskich części ciała, której jedynie chwilami przypomina się, że w życiu można się kierować nie tylko popędem seksualnym.

"Pomimo swojej ogromnej siły serce jest kruche jak skorupka jajka. Czasem wystarczy by ktoś niemal przez ciebie skreślony wyznał ci miłość, a ono rozbija się i otwiera."

ZŁA JULIA jest z grubsza ujmując właściwie książką o seksie, i to w takim ujęciu, że prędzej czy później temat zamiast ekscytować, zaczyna nieuchronnie nużyć. Rozliczanie się przez ponad 300 stron z przeszłością, skupioną wybitnie na intymnej sferze życia, jakby inne niemal nie istniały - przyznacie sami, że coś takiego ma prawo skończyć się nudą. Bohaterowie zdają się nie mieć żadnych innych zainteresowań poza seksem; uprawiają seks / myślą o seksie / marzą o seksie tak często, że sami zdają się być chwilami okropnie tym zmęczeni - więc co ma powiedzieć czytelnik? Także ich znajomych zdaje się interesować właściwie tylko kto z kim współżyje, co więcej - można odnieść wrażenie, że w szkole teatralnej zdają się uczyć niemal wyłącznie gorących scen miłosnych.


Czytając ZŁĄ JULIĘ tak naprawdę czułam w sumie tylko jedno - tęskniłam do atmosfery z pierwszej części, w której mimo ognia było miejsce na delikatność i subtelność. Między bohaterami oczywiście nadal niemożliwie iskrzy, ale zrobiło się dość wulgarnie, gdzieś uleciał urok pierwszyzny, wszystko jest jak przekalkowane. Jednym słowem - to już nie to.

"Gdyby ludzie byli książkami, Ethan byłby bestsellerem. Atrakcyjną, mądrze napisaną i wciągającą lekturą, której nie sposób odłożyć nawet wtedy, gdy zalewasz się przed nią łzami."

Czy ZŁA JULIA jest więc po prostu zła? Mimo wszystko uważam, że nie. Jest w niej ten sam, znany już z pierwszej części pikantny i ze szczyptą zadziornego humoru rayvenowski styl, którym autorka jest w stanie owinąć sobie czytelników (czy też raczej czytelniczki) wokół palca. Zagorzałe fanki Cassie i Ethana pewnie się tej książce bez problemu odnajdą. Leisa Rayven niewątpliwie potrafi stworzyć atmosferę pełną erotycznego napięcia i umiejętnie ją podkręcić. Choć w tej części moim zdaniem było niepotrzebnie zbyt wulgarnie - uznaję Leisę również za mistrzynię błyskotliwych dialogów. Niestety tym razem zabrakło czegoś bardzo znaczącego - mianowicie rozwinięcia fabuły poza w kółko maglowany temat seksu w dosłownie każdych okolicznościach. Przytłaczająca ilość scen miłosnych tudzież naprawdę ustawiczne krążenie wokół doznań stricte erotycznych nie dały rady załatać dziury, w której powinna być solidnie skonstruowana historia, spłycona tutaj do minimum. Na niekorzyść książki przemawia też brak zaskoczenia, wszystko jest w sumie z góry wiadome, autorka nie wysiliła się z żadną niespodzianką,  z powieści wieje zwyczajną nudą i siłą rzeczy nie dostarcza ona większych emocji.

Tym samym ZŁA JULIA podzieliła niestety los wielu innych kontynuacji, i okazała się po prostu dużo słabsza od pierwowzoru. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że zamykające cykl ZŁE SERCE, które już czeka w kolejce na przeczytanie, podniesie jego notowania i poziomem okaże się znacznie bliższe części pierwszej niż drugiej.


Z Ł A   J U L I A
(BROKEN JULIET)
CYKL: ZŁY ROMEO / STARCROSSED # 2
LEISA RAYVEN
PRZEKŁAD: ALEKSANDRA ŻAK
WYDAWNICTWO OTWARTE
2017