Nie zazdroszczę ludziom, którzy podróżowali kilkaset lat temu szlakami
morskimi. Szanse na przeżycie takiej wyprawy wyglądają doprawdy kiepsko.
Pomijam już nawet trudy i niewygody , jak choćby zapach takiego statku
po kilku miesiącach rejsu (przeszło wam kiedykolwiek przez myśl, że mógł
po takim czasie cuchnąć jak wychodek?)
DEMON I MROCZNA TOŃ
PÓŹNIEJ
Można być fanem Kinga albo nie, ale myślę, że jednego nikt mu nie
odmówi: opowiadać to on potrafi. Mimo, że zaliczyłam z nim parę potknięć
("Historia Lisey" chociażby), moja ciekawość wobec jego powieści nie
słabnie.
"Później" to klasyczny przykład Kinga, który mi "podchodzi" - bez
wymyślnych scenerii czy apokaliptycznych wizji. Rozdziały frunęły jeden
po drugim, nawet nie wiadomo kiedy. Kroiła się obiecująca historia w
przyjemnym, gawędziarskim stylu. Tak się jednak złożyło, że te obietnice
nie do końca zostały tu spełnione.
ZAMIANA
Beth O'Leary po raz kolejny udowodniła, że utarte
schematy jej niestraszne - potrafi wykrzesać z nich coś zupełnie
świeżego. W swojej drugiej książce stworzyła ujmującą, ciepłą, familijną
historię, która ma wszelkie szanse skraść serca wielbicieli
małomiasteczkowych klimatów (zaliczam się do nich również ja). Tym razem, w przeciwieństwie do debiutanckich WSPÓŁLOKATORÓW, wątek romantyczny
został zepchnięty na boczny tor (no i super, w końcu ileż można),
ustępując miejsca relacjom rodzinnym i... sąsiedzkim ;)
CHŁOPIEC, KRET, LIS I KOŃ
Tytułowi bohaterowie poznają się i odbywają wspólną wyprawę, podczas której dowiadują się czym jest przyjaźń, miłość, poczucie własnej wartości, i co jest w życiu najważniejsze.
Historia ma konwencję uroczej, mądrej powiastki w duchu KUBUSIA PUCHATKA, do którego chyba jej najbliżej klimatem: z chłopcem, który żywo przypomina Krzysia, kretem marzącym w kółko o dużej porcji ciasta, lisem, który odwdzięcza się za uratowanie życia i koniem, który, choć największy z nich, czasem również musi poszukać odwagi. Całą tę oryginalną czwórkę łączy cudowna i szczera więź, a opowieść o nich ma w sobie coś magicznego. Dotyka prostych życiowych prawd i wartości, o których, zwłaszcza w dzisiejszym świecie pełnym fałszu i pogoni za sukcesem, tak często się zapomina.
Mimo, że samego tekstu w książce jest niewiele, historia, którą w sobie kryje, wyjątkowo mocno chwyta za serce, sprawia, że momentami łzy same ciekną po policzkach, zachwyca, a jej przesłanie jest cudownie kojące i niesie pociechę.
Opis z tyłu na okładce mówi, że ta książka jest jak uścisk przyjaciela. Te słowa idealnie oddają jej charakter. Ona jest rzeczywiście niczym mocny, podnoszący na duchu, serdeczny, ciepły przytulas.
Muszę też tu wspomnieć o tym, jak pięknie jest ta pozycja wydana. Nie spodziewałam się, że to będzie taka wyjątkowa perełka. Twarda oprawa, piękna wklejka, gruby, kremowy papier, w środku oryginalna czcionka i masa cudownych ilustracji, które współtworzą tę niezwykłą, klimatyczną opowieść.
To książka, którą można od serca dać przyjacielowi lub komuś bliskiemu. I do której bez wątpienia się wraca, sięga po nią znowu, i znowu.
Ja jestem w niej zakochana❤
MIEDZIAKI
Akcja powieści toczy się w latach 60-tych, na Południu Stanów Zjednoczonych. Sweet sixties bynajmniej nie mają tu tak beztrosko różowego wizerunku, jaki wykreowała im popkultura. Czarnoskóry nastolatek Elwood Curtis, praktycznie porzucony przez rodziców i wychowywany od maleńkiego przez babcię, to grzeczny, uczynny chłopiec. Do tego wzorowy uczeń, który ma widoki na studia. Tymczasem przez zupełny przypadek zostaje niesłusznie uznany za współwinnego kradzieży auta i zamknięty w poprawczaku, o którym mówi się po prostu Miedziak. Oficjalnie Miedziak śmie zwać się szumnie szkołą. Tak naprawdę w tym przybytku również kwitnie rasizm, a chłopcy od dziesiątek lat traktowani są wedle widzimisię kadry wychowawców i opiekunów. Są wykorzystywani, także seksualnie, bici, poniżani. A ci, którzy podpadną, nie dostosują się, sprzeciwią - znikają, użyźniając pobliskie dzikie poletko.
W takim bagnie ląduje delikatny Elwood ze swym głębokim poczuciem moralności oraz głową nabitą wzniosłymi, odważnymi słowami swego duchowego mentora - Martina Luthera Kinga. Chłopak postanawia cierpliwie przetrwać odsiadkę. Nawiązuje kilka bliższych znajomości, z godnością znosi też bolesne zapoznanie się z zasadami funkcjonowania w tym miejscu. Ale okrucieństwo w Miedziaku skłania go w końcu do ryzykownej próby wystąpienia przeciwko bezdusznemu systemowi.
Tę historię, opartą na faktach (Miedziak jak najbardziej miał swego autentycznego odpowiednika) czyta się z poczuciem dość dotkliwej bezsilności. Jak coś takiego w ogóle mogło istnieć? Dlaczego na to pozwalano? Gdzie była władza i prawo?
Whitehead sięga po tematy, które w historii Ameryki są wstydliwymi plamami na jej sumieniu. Rozlicza ją z najcięższych win, pokazując brudną prawdę o głęboko zakorzenionym rasizmie, ogromnej niesprawiedliwości, o bardzo wadliwym systemie społecznym. Wiele kwestii w tej książce może oburzyć do żywego. Organa prawa, które skazują niewinnych, nie robiąc absolutnie nic z istnym barbarzyństwem wyrządzanym przez innych. Pozbawianie ludzi tego, co najcenniejsze - godności osobistej. Wyjątkowo szokujące jest też to, że główni bohaterowie to tylko dzieci, nie tylko głęboko świadome okrucieństwa swego losu, ale wręcz z nim zżyte, przywykłe do niego, przyjmujące go z pełną rezygnacji konstatacją, że to coś, czego zmienić się i tak nie da. Jakby nie miało ich spotkać już nic dobrego. Ten brak nadziei jest porażający. Co ciekawe, proza Whiteheada nie epatuje emocjami, ma stonowany, wyważony charakter, pozwala samemu ustosunkować się do tego, o czym się czyta.
Ta dramatyczna historia to upamiętnienie chłopców, którzy przeszli przez Miedziaka, opuszczając go (często z traumą na resztę życia) lub nie mając, niestety, tyle szczęścia. Whitehead dał głos sprawie, która nie powinna zostać zapomniana, za którą odpowiedzialne są nie tylko jednostki, ale i wadliwe prawo, społeczeństwo, rząd. Przerażające, jak niewiele znaczy ludzkie życie w świecie pełnym korupcji i przemocy.
JEGO BABECZKA
JEGO BABECZKA to już trzeci tom przebojowej serii OBJECTS OF ATTRACTION. O jednym z nich JEJ WISIENKI pisałam latem. Penelope Bloom nadal nie opuszcza kręgu znajomych z poprzednich części, zgrabnie wiążąc ze sobą poprzednie wątki z kolejnym, całkiem nowym.
Emily, wegetująca w Nowym Jorku niespełniona artystka, dorabiająca jako nauczycielka rysunku w domu starców, staje przed szansą życia - praktyką w samiuśkim Paryżu. Takich okazji się nie przepuszcza. Sprawę komplikuje jednak fakt, że w jej życiu pojawia się przystojny piekarz. Ryan (znany mi już z JEJ WISIENEK) to dawny szkolny kolega Emily, w którym skrycie (i daremnie) się podkochiwała. Teraz, po latach, oboje padają ofiarą wzajemnego uroku, nie mogą o sobie zapomnieć. A musicie wiedzieć, że mają na dodatek wprost niemożliwych przyjaciół, którzy stają na głowie, by ich ze sobą połączyć.
Emily w ramach zlecenia ma pomóc Ryanowi w urządzeniu halloweenowego przyjęcia w firmie, zaczyna jednak rozważać możliwość niezobowiązującego romansu. Zwłaszcza, że Ryan chyba jest skłonny zaakceptować ten pomysł. Kiedy jednak okazuje się, że wyjazd dziewczyny może zostać przyspieszony, oboje muszą zadecydować, co jest ważniejsze: to, co zaczyna ich łączyć czy chęć spełniania życiowych marzeń i ambicji?
Jejku, ujęła mnie ta historia! I nie obchodzi mnie, że ze świecą w niej szukać fabularnych zawiłości czy szczególnej głębi, bo nie o to w niej chodzi. Jest prosta, sympatyczna, łatwo przyswajalna. Przewidywalna, ale cóż z tego, skoro świetnie się przy niej bawiłam.
Z punktu poczułam ogromną sympatię do Emily, marzycielki, tak jak ja rozkochanej w jesiennej atmosferze. Na tyle gderania wokół, jaka to jesień jest paskudna, trafiłam wreszcie na kogoś (to nic, że tylko w książce xD), kto uwielbia tę porę roku i docenia jej piękno. Bratnia dusza!
Nie mogłam się też oprzeć Ryanowi, który przepada za świętami. Cały rok czeka na Dzień Dziękczynienia i na Gwiazdkę, do tego piecze pyszności, a w kontaktach z kobietami jest rozbrajająco niepewny. Ideał! Śmiem stwierdzić, że Ryan to chyba najlepszy z męskich bohaterów tej serii (taak, wiem, William Ch. z JEJ WISIENEK to w sumie żadna konkurencja xD)
Lektura była lekka, zabawna i słodka jak babeczka z okładki. Trafił do mnie ironiczny, ale wcale nie przesadzony humor, komizm sytuacji i liczne niuanse. Tak jak w poprzedniej części, tu również o kolkę ze śmiechu przyprawia babcia ze swymi odważnymi teoriami na temat życia i seksu, których nikt nie spodziewa się usłyszeć od takiej staruszki :D
Książka ma ciepłe przesłanie, urocze w swej prostocie - życiowe wybory nigdy nie są oczywiste, ale najbardziej gmatwają się, gdy trafia się szansa na miłość. Ona zdaje się wszystko komplikować, a jednocześnie cudownie upraszczać. Czy Emily i Ryan znajdą jakiś szczęśliwy kompromis, który pozwoli im być razem? Sprawdźcie ;) Poznać tę dwójkę to czysta przyjemność!
ZASADY MAGII
Niestety, z całą resztą jest już nie tak fajnie.
ZASADY MAGII - podszyta dziwnym klimatem opowieść o dojrzewaniu, akceptacji samego siebie i przeznaczeniu, od którego podobno nie można uciec, to historia, opowiadająca o losach rodzeństwa Owensów: Franny, Jet i Vincenta, którzy wywodzą się z rodziny od wieków mającej do czynienia z magią. Ich matka to potomkini kobiety, skazanej za czary 300 lat wcześniej. Ale nie tylko czary towarzyszą tej rodzinie od wielu pokoleń. Dzieciaki Owensów, dorastając w Nowym Jorku doby rock'n'rolla i wielkich przemian społecznych, odkrywają z czasem swoje moce, a przełomem w ich życiu są wakacje u ciotki. To ona wpaja im tytułowe zasady. Zasada numer 1 brzmi - używać magii w taki sposób, by nikogo nie krzywdzić. Inna - nie zakochać się. Na skutek rodzinnej klątwy grozi bowiem to śmiercią obiektu miłości.
Oczywiście cała trójka Owensów i tak się zakochuje, łamiąc życie sobie i innym.
Dziwna sprawa z tą książką. W zasadzie mogłaby mnie nawet zachwycić, bo uwielbiam historie o więzi między rodzeństwem, gdzie jedno za drugim wskoczyłoby w ogień. A jednak czytało mi się tę powieść z pewnym mozołem. Jej dość specyficzny styl sprawiał, że nie przeżywałam wydarzeń, o których czytałam, nie byłam w stanie wczuć się w dane sytuacje. Niektórzy tu dramatycznie umierają, a potrafi to być przekazane niemal w jednym zdaniu, które mnie o tym informuje równie powierzchownie jak telegram. Stąd też niemal zero emocjonalnego zaangażowania z mojej strony. Zabrakło mi tu żywych, konkretnych wrażeń i bliższej więzi z bohaterami.
Powieść ma swoje smaczki, które potrafię docenić, nawet jeśli naprawdę średnio do mnie trafiła - niemniej to trochę za mało, by mogła okazać się zadowalającą lekturą. Akcja toczy się w tak przeze mnie lubianych latach 60-tych. Nie muszę chyba dodawać, że ma w związku z tym ciekawe tło obyczajowe, pełne burzliwych wydarzeń. Bardzo dużo dzieje się także w samej rodzinie Owensów; można by nawet pomyśleć, że aż za dużo, jak na losy jednej familii. Wypadki, choroby, dziecko zmajstrowane w wieku 14 lat - to nie jest materiał na nudną historię. Mniej więcej od połowy było naprawdę ciekawie, zwłaszcza dzięki nieprzewidywalnemu Vincentowi. Lecz podobnie jak we wcześniejszych wątkach, tak i tutaj, autorka zastosowała pewną sztuczkę (bynajmniej nie magiczną) - obiecując interesującą opowieść, ale definitywnie i bezlitośnie dla czytelnika w pewnym miejscu ją ucinając.
Ciężko się oprzeć wrażeniu, że ZASADY MAGII to powieść, której potencjał nie został właściwie spożytkowany lub poszedł nie tą drogą, którą powinien. Ta książka mogła być jedną wielką czytelniczą przygodą, a skończyłam ją bez większych wrażeń i refleksji, i z takim dziwnym uczuciem, jakby mi się tylko przyśniło, że ją przeczytałam.
INSTYTUT
Luke Ellis, wybitnie inteligentny chłopiec, który w wieku 12 lat ma szansę iść na prestiżowe studia, zostaje porwany i umieszczony w tzw. Instytucie - ośrodku gdzieś w lasach Maine, gdzie trzymane są dzieci ze zdolnościami telepatii i telekinezy. W Przedniej Połowie tegoż przybytku dzieci przechodzą badania. W Tylnej - do której potem trafia każde z nich - ich los jest nieznany. Luke zaprzyjaźnia się z kilkoma dziećmi i poznaje prawdę o tym tajemniczym miejscu. Więź z Kalishą, Averym, Nickiem i George'm oraz nieuchronność tego, co ich wszystkich wkrótce czeka, popycha go w końcu do desperackiej próby ratunku.
Wraz z pierwszymi opiniami o tej książce pojawiły się stwierdzenia, że King posiłkuje się w niej sukcesem serialu Stranger Things; a z drugiej strony - że to właśnie serial korzysta pełnymi garściami z Kinga. Znam serial, ale pamiętając świetny film Stand By Me podejrzewam, że rozstrzygnięcie tej kwestii byłoby raczej na korzyść Kinga ;) Motyw z dziećmi w rolach bohaterów po prostu się sprawdza, porusza i angażuje emocjonalnie. I nie inaczej jest w przypadku INSTYTUTU.
W INSTYTUCIE mamy do czynienia z solidnie, konstruktywnie zbudowaną historią z galerią ciekawych, dobrze wykreowanych dziecięcych postaci. Oczywiście są tu również dorośli - jednym z głównych bohaterów jest Tim, od którego przypadkowej decyzji, jak się później okazuje, zależy bieg fabuły w jednym z jej najważniejszych momentów. Ale nikogo chyba nie zdziwi, że to dzieci skupiają na sobie w tej historii gros uwagi. Luke, Avery (moim zdaniem istny czarny koń tej opowieści) i ich przyjaciele - wyrwani ze swych rodzin, pozbawieni złudzeń i niewinności, mają przeciwko sobie całą armię bezdusznych dorosłych. I tylko kilku sprzymierzeńców wśród nich, których na dodatek muszą rozpoznać, nie mogąc popełnić błędu - zaufanie niewłaściwej osobie może kosztować życie. Czy dzięki swej inteligencji i zdolnościom uda się im pokonać zło, które może mieć wręcz globalny zasięg?
Książka ma dobry, iskrzący napięciem klimat, a jej fabuła intryguje, momentami wstrząsa i przyprawia o ciarki. Było też emocjonująco, nawet do łez. Co ciekawe, fabuła pozostawia margines niepewności co do tego, kto tak naprawdę stoi za tytułowym Instytutem, jego celami i działaniami, i skłania do niewesołych refleksji odnośnie współczesnych zagrożeń, których jakże często nie jesteśmy świadomi.
Akcja powieści jest dość wartka, więc książkę, choć to kawał grubaska, czyta się szybko, bez grama znużenia. Wręcz pożera się ją, przeżywając z nią rodzaj groźnej, acz wciągającej przygody. Pod sam koniec napięcie trochę siada. Kogo jak kogo, ale Stephena Kinga z jego wyobraźnią stać było na coś więcej, niż masowy odstrzał postaci dla przerzedzenia towarzystwa. Zapachniało to trochę pójściem na łatwiznę.
Nigdy nie zastanawiałam się nad fenomenem Kinga, ale go chyba rozumiem. Wciąż pamiętam wrażenia z lektury pierwszej jego książki, jaką przeczytałam, kiedy byłam jeszcze nastolatką - była to MISERY. W tym roku w końcu sięgnęłam po ZIELONĄ MILĘ, nad którą spłakałam się niemal tak, jak oglądając film. INSTYTUT czytało się świetnie i myślę, że będzie odtąd jedną z moich ulubionych książek Kinga. Jestem pod wrażeniem (chyba niewyczerpywalnej!) twórczej formy tego autora. I mimo, że nie ze wszystkim, co dotąd poznałam, do mnie trafił, zawsze chętnie sięgnę po inne jego książki.
"Małe dzieci bez towarzystwa zwykle boją się ciemności. Duże zresztą też, chociaż większość wolałaby się do tego nie przyznawać."
JEJ WISIENKI
Hailey prowadzi własną cukierenkę i potrafi piec bajeczne ciasta. Niestety wisi nad nią widmo eksmisji, ale kobieta nie poddaje się czarnym myślom. Jest jeszcze coś, co, jeśli można tak to ująć, życiowo ją uwiera. Otóż ma 25 lat i nadal jest dziewicą, mimo, że ma za sobą związek (chyba nie trzeba dodawać, że nieudany?)
Wtedy kolega z pracy rzuca Hailey wyzwanie - niech dziewczyna zacznie flirtować z pierwszym facetem, który przyjdzie do cukierni kupić wiśniową tartę. Traf chce, że w drzwiach cukierni staje nonszalancki i przystojny William Chamberson. Tak zaczyna się znajomość Hailey z bogatym egoistą-kleptomanem (sic! niezłe combo), który zawraca jej w głowie. Czy William okaże się dla niej tym pierwszym? A może tym jedynym?
Powieść ma raptem 254 strony, można więc by pomyśleć, że znajomość pary bohaterów szybko nabiera rumieńców. I że będzie to pewnie książka tylko o jednym. Otóż niezupełnie, bo fabuła rozwija się łagodnie, stopniowo i bez wielkich ekscesów (nie licząc może spektakularnego rzutu tartą :D). W JEJ WISIENKACH znalazło się oczywiście miejsce na szczyptę erotyki, ale jest ona przyjemna w odbiorze, miła i stonowana - nie ma tu wyuzdanych opisów, raczej słodka i pełna uroku chemia, jaka zaczyna się tworzyć i narastać między parą głównych bohaterów. Do tego mamy tutaj lekki humor, który polega na sugestywnej grze słów i różnych komicznych sytuacjach, częściowo nawiązujących do seksu, ale nie tylko.
Lubię motyw pichcenia i pieczenia w książkach, więc oczywiście przemówiła do mnie wybitnie w tej książce cukierenka Hailey, w której tworzy się na miejscu słodkie pyszności. Również jej właścicielka, Hailey, całkiem mnie kupiła. To urocza, sympatyczna i zdolna dziewczyna, która wspaniale sprawdza się w roli bohaterki stąpającej twardo po ziemi, a jednocześnie otwierającej się na nowe możliwości, jakie niesie jej życie. Znakomicie również temperuje charakterek zakochującego się w niej bogatego kleptomana. W pewnym momencie stwierdziłam, że aż szkoda jej dla Williama, który z początku wydawał mi się trochę zbyt zapatrzony w siebie. W końcu przekonał mnie do siebie, ale trochę to potrwało i zawdzięcza to w znacznym stopniu przesympatycznemu stworzeniu o imieniu Gremlinka :D
Absolutnym gwoździem programu okazała się tu natomiast babcia Hailey. Gdyby zaznaczać w tej książce cytaty, niosące całkiem sensowne życiowe mądrości, większość okazałaby się pewnie autorstwa właśnie jej.
Czytało się tę całkiem uroczą opowiastkę szybko i przyjemnie. Dostarczyła mi nieskomplikowanej rozrywki i sprawiła, że wybuchałam niekontrolowanym śmiechem. Byłaby z tego pewnie sympatyczna komedia romantyczna. To zabawna, seksowna lekturka, ze wszystkim w stosownych proporcjach 🍒
W najbliższej przyszłości na pewno sięgnę nie tylko po kolejną książkę Penelope Bloom, ale także nadrobię JEGO BANANA ;)
CZERŃ I PURPURA
Czytałam jak dotąd wiele książek o Holokauście i Auschwitz, ale mam wrażenie, że u mnie z każdą kolejną książką o tej tematyce jest jak za pierwszym podejściem. Po lekturze tkwię w pewnej czytelniczej próżni, nie potrafiąc zabrać się za nic innego i nie mogąc dojść do siebie. Dokładnie takie uczucie rozbicia towarzyszy mi od chwili, gdy parę dni temu skończyłam czytać powieść Wojciecha Dutki.
CZERŃ I PURPURA osnuta jest na historii miłosnej, o której zdarzało mi się słyszeć już wcześniej, a która na pierwszy rzut oka wydaje się wręcz nieprawdopodobna. Ale czy w miejscu samym w sobie tak nieprawdopodobnym jak Auschwitz cokolwiek było niemożliwe? Wszyscy doskonale wiemy, że działy się tam rzeczy, które nie mieszczą się w głowie, że była to machina śmierci, gdzie potrafiono w niespełna dwa miesiące unicestwić prawie pół miliona ludzi, zamieniając ich w dym i góry popiołu z kośćmi. Ale było to też miejsce żywych - wegetujących setek tysięcy więźniów, którzy, nie będąc w stanie zmienić otaczającej ich koszmarnej rzeczywistości, próbowali stworzyć namiastkę dodającej im sił normalności. Dlatego opowieści o miłości w cieniu Zagłady wcale nie są tak rzadkie.
Właśnie po jedną z takich autentycznych historii sięgnął Wojciech Dutka, a jest ona o tyle wyjątkowa, że jej bohaterowie to żydowska więźniarka i esesman. Na potrzeby powieści autor nadał im fikcyjne nazwiska i stworzył życiorysy sprzed wojny, przybliżając nam ich w ten sposób i ukazując, co ich mogło ukształtować. Wstrząsającą resztę w większości nakreśliło samo życie.
Losy Mileny, utalentowanej muzycznie słowackiej Żydówki, uwięzionej w Auschwitz, i Franza, młodego esesmana, służącego w obozie, krzyżują się na jego przyjęciu urodzinowym, na którym Milena dla niego śpiewa. Ona powinna być dla niego tylko numerem 1970, ale nie potrafi o niej zapomnieć. Zauroczenie, a potem miłość do dziewczyny, skazanej na zagładę, staje się dla chłopaka ratunkiem przed otaczającym go szaleństwem zabijania, w które omal sam nie popadł. To uczucie, nie dość że śmiertelnie niebezpieczne dla niej i dla niego, jest też wyjątkowo niespełnione, bo długo odwzajemnione jedynie nienawiścią.
Tragedia Auschwitz i ludzi wplątanych w tę potworną machinę poraża najbardziej przez pryzmat losu jednostki. Historia Franza i Mileny porusza do głębi i miażdży prawdą, jakiej dotyka. Skłania do gorzkich refleksji (autor niczego nie wybiela, nie oszczędza) i bez pardonu łamie serce, a okoliczności, w jakich rodzi się ta miłość - wśród dymu z kominów krematoriów - budzą grozę.
Franz długo nie jest w tej powieści postacią jednoznaczną. Służba w Auschwitz, gdzie zabijanie ludzi to wręcz rutyna, zdążyła już go w znacznym stopniu oswoić z okrucieństwem. Okazuje się jednak, że nie zatracił czegoś, czego prawdziwy esesman mieć nie powinien - sumienia. Obserwowanie głębokiej duchowej przemiany, jakiej doświadcza pod wpływem spotkania z Edytą Stein, a potem miłości do Mileny, jest czymś doprawdy wstrząsającym.
Książka, jak wiele innych o tej tematyce, stawia przed moralnymi dylematami i pytaniami, które po Auschwitz nabrały wyjątkowej ciężkości: o granicę człowieczeństwa, źródła zła, o poświęcenie się dla ratowania drugich, wagę ocalenia jednostek spośród wielu innych. Skłania też do refleksji nad relacjami między chrześcijanami a Żydami, które do dziś wydają się kruche.
Wojciech Dutka ma bez wątpienia ogromną wiedzę; budując tę historię, zadbał o szczegóły, przy czym jednocześnie szczęśliwie uniknął przeładowania jej suchymi faktami, a jedynie posłużył nimi, by wyostrzyć ogólny obraz. Powieść jest starannie dopracowana, styl autora, mimo pozornej szorstkości - niezwykle sugestywny, a atmosfera obozu oddana z ogromnym realizmem. Czytając tę książkę, czułam się tak, jakbym tam była. Czyta się ją więc po trosze jak dokument tamtego strasznego czasu - na jej kartach można znaleźć zarówno wiele znanych nazwisk z historii Auschwitz, jak i autentyczne wydarzenia. Czyta się też jak pełen napięcia thriller psychologiczny, bo jej bohaterowie balansują wciąż na krawędzi, ocierając się o śmierć. Mógłby to być także horror mrożący krew w żyłach.
Ale chyba przede wszystkim jest to napisana z ogromnym wyczuciem historia miłosna, prawdziwa, wyjątkowo trudna, piękna, porażająca. Nie do zapomnienia.
Gorąco polecam!
"Ten piekielny obóz był teraz częścią jego życia. Auschwitz istniało w jego głębi, a on oddał obozowi część własnej duszy. Kochając Milenę, walczył o pozostałą część."
ZAPYTAJ KSIĘŻYC
ZAPYTAJ KSIĘŻYC to historia Matthew Homesa, chłopca, który mając 9 lat, stracił brata. Simon był od niego kilka lat starszy, ale miał zespół Down'a i Matthew poczuwał się do opieki nad nim. Chłopcy spędzali z rodzicami beztroskie wakacje nad morzem, gdy pewnej nocy zdarzył się wypadek - Simon stracił życie, spadając z klifu. Przez kolejne lata zadręczający się wyrzutami sumienia Matthew zaczyna coraz dziwniej się zachowywać. Nabiera przekonania, że Simon wciąż jest obecny w jego życiu - doszukuje się go wszędzie i ku swej radości nie tylko go widuje, ale również z nim rozmawia. Cena za to przywracanie brata do żywych okazuje się bardzo wysoka - Matt zamyka się w sobie i stopniowo popada w chorobę psychiczną.
"Czasem szaleństwo nie zachowuje się od początku jak szalone, czasem uprzejmie puka do drzwi, a gdy je wpuścisz, siada sobie cichutko w kącie, nie robiąc wokół siebie szumu - i rośnie."
Książka Nathana Filera ukazuje, jak destrukcyjny wpływ na życie ma tragedia, z którą nie można się uporać. Homesowie żyją nią przez lata, nie potrafiąc zakończyć swej żałoby. Rodzice w głębi duszy obwiniają Matthew o spowodowanie tragicznego wypadku. Widzą, że chłopiec wyrasta na zamkniętego w sobie dziwaka, ale latami nie dostrzegają, w jak poważnym stopniu sami się niechcący do tego przyczyniają. Choć Matthew jest utalentowany - pięknie rysuje - po ukończeniu szkoły średniej nie myśli o kontynuowaniu nauki, chcąc jak najszybciej wyrwać się z domu i rozpocząć życie na własny rachunek, z dala od rodziców, którzy przypominają mu o nieszczęściu, jakie ściągnął na ich rodzinę. Osamotniony, w końcu przestaje panować nad swym zachowaniem i ląduje w szpitalu psychiatrycznym.
"Jesteśmy samolubni, moja choroba i ja. Myślimy tylko o sobie. Z otaczającego nas świata lepimy przesłania, tajemne ciche głosy szeptane tylko do nas."
ZAPYTAJ KSIĘŻYC to książka, która podejmuje ciężki i niełatwy temat, ale dzięki przystępnemu stylowi autora czyta się ją bardzo dobrze i szybko. Filer - z zawodu dyplomowany pielęgniarz psychiatryczny - znakomicie wykreował zaburzoną wizję świata, widzianego oczyma chłopca popadającego w obłęd. Chronologia w powieści jest jakby przetasowana, co pasuje do rozchwianego stanu psychiki głównego bohatera i oddaje jego zagubienie. Niektóre z rozdziałów mają inną czcionkę i wyglądają jak napisane na maszynie - to również ma znaczenie, ponieważ bohater też na niej pisze; trafiają się również ilustracje w postaci skromnych, ale wymownych rysunków, które mogą uchodzić za rysunki Matta.
"Jeśli ludzie myślą, że jesteś SZALONY, to na wszystkim, co zrobisz, co myślisz, będzie przyklejona etykieta SZALONY."
Narratorem książki jest sam Matthew. Jego opowieść to szczera historia, przy której można odnieść wrażenie, że czyta się bardzo prywatne zapiski kogoś, kto rzeczywiście traci kontakt z rzeczywistością. Odczucie poufności między narratorem a odbiorcą potęguje bezpośredni sposób w jaki Matthew zwraca się do czytelnika - jakby to właśnie nam, każdemu z osobna, opowiadał wszystko w cztery oczy. Jest przy tym szczery do bólu, momentami subtelny, to wręcz brutalny, a czasem zdaje się nawet żartować.
Matthew to typ bohatera, którego można bez trudu polubić od pierwszych stron. Wzbudza odczucia opiekuńczości i troski, chciałoby się oszczędzić mu wielu przykrości, jakie go spotykają. Choć chwilami stara się uchodzić za pewnego siebie, wydaje się totalnie bezbronny i bardzo zagubiony. Zjednał mnie sobie także swoją bezwarunkową miłością i opiekuńczością wobec brata. Byłam w stanie zrozumieć, jak zaczął postrzegać swoje otoczenie, kiedy nagle Simon w najbrutalniejszy ze sposobów zniknął z jego życia, przeżywać wraz z nim jego samotność i głębokie poczucie winy. Matthew potrafi do siebie przekonać, wzruszyć, zaskoczyć a nawet rozśmieszyć, zmagając się ze swym wykolejonym życiem, próbując ułożyć swe relacje z rodzicami, babcią, czy lekarzami w możliwie najznośniejszy sposób. Zrozumiała jest jego chęć odseparowania się od wspomnień dotyczących tragedii na klifie - przez długi czas po wypadku zdaje się na skutek szoku w ogóle nie pamiętać, co się stało. Jednocześnie jednak wciąż w głębi serca żyje tragedią, do której mimowolnie doprowadził i pragnie odkupienia winy - i to również wydaje się zrozumiałe.
"Próbuję go podnieść, udźwignąć, ale ziemia jest mokra. Mam błoto w ustach, w oczach, a deszcz wciąż pada. Podnoszę go i upadam, podnoszę i upadam. On jest cicho. Błagam, żeby coś powiedział. Znów upadam, spadam twardo na ziemię i trzymam go, trzymam jego twarz tuż przy mojej tak blisko, że czuję jego pełne ciepła odchodzenie. Proszę. Proszę. Powiedz coś."
Powieść Nathana Filera to kawał solidnej, poruszającej prozy z bardzo dobrze nakreślonymi portretami psychologicznymi. Obok Matthew także jego najbliżsi przeżywają dramat, którego skala ich przerasta, i dla każdego z nich jest to w pewnym sensie istna walka o przetrwanie. Walka, którą Matthew jako jedyny z nich zdaje się przegrywać. Czy podda się w końcu, czy może jednak odnajdzie ukojenie i spokój?
ZAPYTAJ KSIĘŻYC to książka, która klimatem skojarzyła mi się mocno z GŁĘBIĄ CHALLENGERA i podejrzewam, że zostawi po sobie równie mocny ślad w mojej pamięci, jak dzieło Neala Shustermana. To historia pełna tęsknoty i cierpienia, przesycona poczuciem straty i żałoby, rzutujących na resztę życia tak głównego bohatera, jak i jego bliskich - mimo wszystko jednak finalnie podnosząca na duchu, niosąca pozytywny wydźwięk. Ale chyba nie każdy odnajdzie się w jej poruszającej, lecz ciężkiej tematyce, tak jak nie każdemu przypadnie do gustu dość prosty, ale specyficzny sposób narracji. Może dlatego mam wrażenie, że ogólnie jest ta książka u nas mało znana i wielu - w tym także mi - jakoś umknęła w natłoku innych tytułów. Tym bardziej cieszę się, że choć wcześniej o niej nie słyszałam, miałam szczęście jednak ją przeczytać i przekonać się, jaka wyjątkowa treść kryje się pod tą piękną okładką.
NIE OPUSZCZAJ MNIE
Akcja NIE OPUSZCZAJ MNIE toczy się w Anglii. Gdzieś na prowincji istnieje ośrodek wychowawczy o nazwie Hailsham, coś na wzór ekskluzywnej prywatnej szkoły. Jest to miejsce - jak się potem okazuje jedno z co najmniej kilku - niemal zupełnie odseparowane od świata zewnętrznego. Narratorką powieści, skonstruowanej na zasadzie retrospekcji, jest jedna z wychowanic tego przybytku, dziewczyna o imieniu Kath. Wraca ona we wspomnieniach do czasów dorastania w Hailsham, gdzie zaprzyjaźniła się ze swoją rówieśniczką, Ruth. Ta więź, do której dołączy później pewien chłopiec, Tommy, zaważy później na życiu całej trójki.
Wszyscy wychowankowie Hailsham, jak wmawiają im ich nauczyciele, są absolutnie wyjątkowi. Szczególny nacisk w ich wychowaniu kładzie się na dbałość o ich zdrowie, udzielając przy tym mglistych informacji na temat ich edukacji; jednym słowem - mówi się im wszystko, a jednocześnie jakby nic. Oni sami też niespecjalnie wnikają w szczegóły. Lata spędzone w ośrodku wypełnia im nauka i zabawa, ale pozwala się im również swobodnie rozwijać artystyczne zainteresowania i talenty. W miarę, jak dorastają, budzi się w nich naturalne zainteresowanie seksem, co również nie jest w żaden sposób karcone czy tłumione, więc kiedy w wieku 16 lat opuszczają Hailsham, by uczyć się samodzielnego życia, często stanowią już pary. Tak właśnie dzieje się z Ruth i Tommy'm, choć niestety kosztem zakochanej w chłopcu Kathy. Sprawy zaczynają się komplikować, kiedy do głosu dochodzą ich prawdziwe uczucia i pragnienia.
NIE OPUSZCZAJ MNIE to historia, w której od początku mimo dziwnie wyciszonej atmosfery panuje wyraźne napięcie. I nie chodzi tu bynajmniej o jakąś tajemnicę do rozwikłania, bo takowej nie ma. Prawdę poznajemy szybko, i to w najbardziej bezpośredni ze sposobów. Odtąd jednak, niczym trucizna, wsącza się w tę opowieść coraz silniejszy niepokój, bo rzeczywistość, w której tkwią Kathy, Ruth i Tommy, w normalnym ludzkim odruchu budzi po prostu kategoryczny sprzeciw. Przy czym oni sami zachowują się kompletnie nieadekwatnie do sytuacji i wydają się tak irracjonalnie spokojni, że aż chce się na nich krzyczeć, by przestali być tacy bierni, podważyli w jakiś sposób wszystko to, w co nauczono ich wierzyć, zrobili z tym coś, cokolwiek!
O dziwo, mimo nie najłatwiejszej narracji i stosunkowo słabo, chyba zresztą celowo powierzchownie nakreślonych portretów psychologicznych bohaterów, nie miałam problemu z odbiorem tych postaci. I choć nie mogłam pogodzić się z ich biernością, w gruncie rzeczy rozumiałam ich zachowania i motywacje. Od początku przy tym czułam znacznie silniejszą więź z Kath i Tommy'm, niż z Ruth, która mnie strasznie irytowała, choć koniec końców wszyscy okazali się na równi skrzywdzeni, pogubieni, bezbronni i jednak niepogodzeni z losem. Mówi się czasem o bohaterach książek, potrafiących łamać czytelnicze serca. Tommy, Ruth i Kathy właściwie nie robiąc zbyt wiele biją ich na głowę, rozrywając te serca na strzępy. Przynajmniej z moim tak się stało.
"Może wszyscy mieliśmy w Hailsham podobne małe sekrety - utkane w powietrzu małe zakamarki, w których mogliśmy się ukryć z naszymi lękami i pragnieniami. A jednak to, że odczuwaliśmy taką potrzebę, wydawało nam się wówczas czymś niestosownym - jakbyśmy sprawiali komuś zawód."
NIE OPUSZCZAJ MNIE to głęboko niepokojąca opowieść, będąca wyrazem okrucieństwa i bezduszności naszych czasów. To historia pełna goryczy i ponurych refleksji na temat ceny życia i różnicy między życiem a istnieniem. Najokropniejsze i najbardziej wstrząsające w tym wszystkim jest to, że świat, jaki wykreował Ishiguro, nie różni się niczym od otaczającej nas rzeczywistości, a alternatywa, którą przedstawił, jest niemal na wyciągnięcie ręki i może zostać właściwie w każdej chwili zrealizowana. Jak dotąd w krajach wysoko rozwiniętych stoją jej jeszcze na drodze jedynie moralne skrupuły. A ile one są dziś warte, chyba każdy z nas niestety doskonale wie.
(NEVER LET ME GO)
PRZEKŁAD: ANDRZEJ SZULC
NICHOLAS DANE
NICHOLAS DANE to współczesna historia oparta i pod wieloma względami wzorowana na słynnej powieści Charlesa Dickensa OLIVER TWIST. Akcja książki Melvina Burgessa rozpoczyna się w połowie lat 80-tych XX wieku, między obiema historiami jest więc mniej więcej 150 lat różnicy. Długie 150 lat postępu i rozwoju. Kiedy więc na wstępie powieści Burgessa rozstrzyga się los Nicka Dane'a decyzją o umieszczeniu go w placówce opiekuńczej, padają uspokajające zapewnienia, że nikt go tam nie skrzywdzi - w końcu od zamierzchłych czasów Olivera Twista wiele się w takich miejscach zmieniło. Nick chciałby w to wierzyć. Chciałby wierzyć i czytelnik. Oczywiście już kilka stron dalej można się przekonać, że nie zmieniło się absolutnie nic, jest wręcz jeszcze gorzej, a Nicholas Dane to zaiste współczesne wcielenie dickensowskiego bohatera.
Historia Nicka, 14-latka z Manchesteru, rozpoczyna się w dniu, w którym po nagłej śmierci wychowującej go samotnie matki zostaje sierotą. Próby przygarnięcia go przez przyjaciółkę mamy kończą się niepowodzeniem; sama jest samotną matką z dwójką dzieci, na dodatek nie stroniącą od męskiego towarzystwa. Nie mając żadnego kontaktu z krewnymi, Nick ląduje w ośrodku wychowawczym Meadow Hill, który od pierwszej chwili robi na nim przygnębiające wrażenie. To pieprzone schronisko dla psów - stwierdza rozgoryczony. Bardzo szybko przekonuje się jednak, że trafił do istnego piekła, pełnego przemocy, skąd nie sposób się wyrwać. Nadzorujący tym przybytkiem dyrektor, niegdyś człowiek z powołaniem, marzy już tylko o świętym spokoju i nie ma pojęcia o większości nadużyć, jakich dopuszcza się personel placówki wobec bezbronnych chłopców, którzy trafili pod ich opiekę. Przoduje w tym sam zastępca dyrektora, pan Creal, bez oporów korzystający ze swej władzy, by zaspokoić pedofilskie skłonności. Zniewolony Nick, bity i torturowany przez kolegów, napastowany przez ludzi, którzy powinni otaczać go troskliwą opieką, marzy tylko o wyrwaniu się na wolność. Droga ku wolności wiedzie jednak przez próby i błędy, za które trzeba zapłacić srogą cenę, a upragniona swoboda bez bezpiecznego schronienia i szans powrotu do normalności okazuje się jedynie gorzkim złudzeniem.
Upiorność sytuacji Nick'a polega na tym, że wraz ze śmiercią matki nic w jego życiu nie jest już jednoznaczne i pewne. Nie potrafi on znaleźć stabilnego miejsca, w którym mógłby czuć się bezpiecznie, ani człowieka, któremu mógłby w pełni zaufać. Każdy, z kim styka go los, nawet osoby z gruntu mu przychylne, ulegają wahaniom i zwątpieniu; nie do końca są przekonani o dobrym charakterze chłopca, ani pewni swej gotowości, by mu pomóc. Piętrzące się trudności, życie w ciągłym poczuciu zagrożenia sprawiają, że jedynym miejscem, które pozwala Nickowi przeżyć okazuje się bezwzględny, zdemoralizowany świat przestępczy.
Melvin Burgess ukazał w swej powieści obraz wyjątkowo brutalnej rzeczywistości, w której pozbawione rodziny dziecko, zdane na łaskę instytucji państwowych staje się, i to niejednokrotnie na długie lata, ich bezwolną ofiarą. Podobnie jak Dickens 150 lat wcześniej, Burgess również obnaża wadliwość mechanizmów państwowej opieki społecznej i jej zatrważające efekty, prowadzące do takich podłych miejsc jak Meadow Hill, przypominających raczej ciężkie więzienie, a nie schronienie dla dzieci, wystarczająco już skrzywdzonych przez los. NICHOLAS DANE to historia jednego z takich dzieci - chłopca, który musiał stoczyć ciężką samotną walkę, by nie tylko nie dać się zmiażdżyć bezdusznej państwowej biurokratycznej machinie, uwolnić z okowów wątpliwej opieki, ale również przetrwać i wbrew wszystkiemu zachować w sobie niezłomnego ducha i moralną czystość.
NICHOLAS DANE to powieść, obok której ciężko przejść obojętnie. Powieść chyba jednak nie dla wszystkich, bo nie każdy odnajdzie się w jej specyficznym, surowym klimacie. Brak w tej książce pierwszoosobowej narracji, co dla niektórych może stanowić przeszkodę w silniejszym utożsamieniu się z bohaterami; choć moim zdaniem prosty, bezpośredni styl Burgessa do spółki z brutalnym realizmem fabuły wzbudza wystarczająco dużo poruszenia i wzburzenia. Co więcej - mimo że Burgess taktownie, z wyczuciem i opanowaniem unika wszelkiej przesady, opisując wydarzenia z punktu widzenia subiektywnego, ale postronnego obserwatora, przy takim nagromadzeniu okrucieństwa i bezprawia daje to dokładnie odwrotny skutek - przeżycia bohaterów wydają się jeszcze bardziej wstrząsające.
W podobny sposób nakreślone zostały również portrety bohaterów. To wyraziste postacie, wykreowane w surowej i oszczędnej formie, odpowiadającej charakterowi książki, często niejednoznaczne i budzące wiele różnorakich emocji. Stąd też główny bohater, sympatyczny i dobry z natury Nicholas ma cechy porywczego łobuziaka, zawsze gotowego do bójki, a budzący trwogę Jonesy za swą maską okrutnika skrywa skrzywdzonego niegdyś chłopca. Nie brak tu oczywiście licznych nawiązań do wspomnianego wyżej literackiego pierwowzoru, czyli dzieła Dickensa. Jeśli Nick to dickensowski Oliver, to Sunshine jest odpowiednikiem Fagina, Davey O'Brien to niewątpliwie Dodger, a Jonesy to wcielenie Billa Sykesa.
Warto tu nadmienić, że najtragiczniejsza postać pośród burgessowskich bohaterów to wcale nie Nicholas Dane, a Oliver Brown. To Oliver, chłopiec z fryzurą przypominającą dmuchawiec, pozostał mi w pamięci długo po za skończeniu i zamknięciu tej książki.
NICHOLAS DANE to dramatyczna opowieść o skradzionym dzieciństwie i niewinności; książka, której na pewno nie poleciłabym nikomu dla rozrywki, ale zdecydowanie warta polecenia, jeśli ktoś gotów jest poświęcić jej trochę serca. Realistyczna do bólu, nadal aktualna, wzbudza dużo gorzkich refleksji i skłania do zastanowienia nad kondycją współczesnego społeczeństwa, w którym, nie oszukujmy się, wciąż jest miejsce dla takich zwyrodnialców jak Tony Creal, a jakże często brakuje go dla nie mogących upomnieć się o sprawiedliwość Nicków Dane'ów.













