Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

ZANIM SIĘ POJAWIŁEŚ


Nie mam pojęcia, czemu w moim życiu jak dotąd brakowało książek Jojo Moyes. A już na pewno nie wiem, czemu unikałam najsłynniejszej jej powieści ZANIM SIĘ POJAWIŁEŚ, choć nie zliczę, ile razy wręcz pchała mi się w ręce w bibliotece i na wyprzedażach. Obejrzałam kiedyś ekranizację (piękną zresztą) i na tym poprzestałam. Sięgając w końcu po tę książkę, pomyślałam, że pewnie mi ją po prostu przypomni.
Błąd.
Czekało na mnie dużo, dużo więcej.

CAŁA PRAWDA O MIŁOŚCI


Na ogół wolę obyczajówki z jakimś dramatem w tle, ale dla równowagi chętnie sięgam od czasu do czasu także po te w łagodniejszych klimatach. I taką książką od razu wydała mi się powieść Clare Pooley - obiecując ciepłą historię o przyjaźni i miłości.

Wszystko zaczyna się od zeszytu, w którym ekscentryczny Julian, zapomniany artysta, zapisuje swe wyznanie. Zeszyt, celowo pozostawiony w londyńskiej kawiarni, trafia w ręce jej właścicielki, Moniki, a potem następnych osób. Pojawiają się kolejne szczere wpisy, zeszyt łączy z sobą przypadkowe grono osób, zawiązują się przyjaźnie, nawet coś więcej, a kawiarnia Moniki staje się dla tych ludzi ich przystanią. Czyż to nie brzmi kusząco? Sama chętnie bym do tej kawiarni zawinęła i przekonała się, co mogłoby z tego wyniknąć.

SPÓŹNIONE WYZNANIA


Z Johnem Boyne miałam, jak dotąd, dwie bardzo różne przygody. Raz sprawił, że wstrząsnął mną i płakałam jak dziecko (przy CHŁOPCU W PASIASTEJ PIŻAMIE); drugi raz zirytował mnie jak nie wiem i rozczarował ignorancją i sporą dozą fuszerki (przy W CIENIU PAŁACU ZIMOWEGO).

SPÓŹNIONE WYZNANIA, jako że zawierały w sobie to, co mnie szczególnie przyciąga do lektury (Anglia, okoliczności I wojny, wątek, jak by nie patrzeć, lgbt) niemalże już śniły mi się po nocach. Długo były nieuchwytne, a fakt, że nakład się dawno wyprzedał, sprawił, że ceny egzemplarzy pojawiających się tu i tam, windowały w górę. W końcu jednak zdołałam dorwać tę książkę, i była to wręcz euforia. Nie muszę chyba dodawać, że z miejsca ją przeczytałam. I w końcu mogę stwierdzić, że Boyne nie tylko zrehabilitował się w moich oczach po pożal się Boże W CIENIU PAŁACU..., ale także wspiął na swoiste wyżyny. Można pisać prosto, poruszająco i pięknie. I ten autor znów mi udowodnił, że to potrafi, więc z przyjemnością oddaję mu kredyt mojego zaufania.

TATUAŻYSTA Z AUSCHWITZ


Patrząc na to, jakie ta książka zbiera skrajnie różne recenzje, coś czuję, że moja opinia o TATUAŻYŚCIE Z AUSCHWITZ będzie chyba z tych mniej popularnych. Okazało się bowiem, że to całkiem przystępnie napisana powieść na faktach, choć styl ma ten minus, że czuć, iż wcześniej (według słów samej autorki) był to po prostu scenariusz do filmu. Z drugiej strony - właśnie dość surowy, prosty charakter narracji sprawia, że czyta się to, zachowując pewien dystans, mając miejsce na własne przemyślenia.

 Rzecz jest o Lalem, młodym słowackim Żydzie, który w Auschwitz poznał miłość swojego życia - także więźniarkę, Gitę. Lale szybko zyskał w obozie zajęcie, które pozwoliło mu egzystować we względnych warunkach tj. własne łóżko, dodatkowa porcja zupy. To nie pierwszy tego typu zaradny bohater, który potrafił się w obozowej rzeczywistości jakoś "urządzić". Z powieści wynika, że Lale mógł także z pewną swobodą poruszać się po obozie, co umożliwiało mu m. in. szmugiel czy spotykanie się z ukochaną.

ZAMIANA


Beth O'Leary po raz kolejny udowodniła, że utarte schematy jej niestraszne - potrafi wykrzesać z nich coś zupełnie świeżego. W swojej drugiej książce stworzyła ujmującą, ciepłą, familijną historię, która ma wszelkie szanse skraść serca wielbicieli małomiasteczkowych klimatów (zaliczam się do nich również ja). Tym razem, w przeciwieństwie do debiutanckich WSPÓŁLOKATORÓW, wątek romantyczny został zepchnięty na boczny tor (no i super, w końcu ileż można), ustępując miejsca relacjom rodzinnym i... sąsiedzkim ;)

ŻYWICA




























Co powiecie na książkę, która już słowem wstępu serwuje czytelnikowi nie lada szok i napięcie, jakiego nie powstydziłby się sam Alfred Hitchcock? Już pierwsze zdanie ŻYWICY brzmi jak makabryczny żart. A są to na dodatek słowa wypowiedziane przez dziecko - małą dziewczynkę, Liv, która pełni rolę częściowej narratorki tej historii.

A mogłaby ona zacząć się właściwie całkiem normalnie. Na wyspie zwanej Głowa, w odosobnieniu od innych, w środku lasu, mieszka rodzina Haarderów, od lat trudniąca się wyrobem trumien oraz sprzedażą choinek na święta. Po latach interes przejmuje młodszy syn, Jens. Tyle, że interes wkrótce podupada, sprzedaż ustaje, Jens popada w totalne zaniedbanie, a jego kontakty z ludźmi ograniczają się do niezbędnego minimum.
Kiedy dochodzi do tragedii i córeczka Jensa zostaje uznana za zmarłą, Haarderowie stają się jeszcze większymi odludkami. Ich odizolowanie się we własnym świecie odbierane jest przez ludzi jako potrzeba świętego spokoju. Nikt więc w okolicy tak naprawdę nie wie, jak Haaarderowie się miewają i jak sobie radzą w tej trudnej sytuacji, ani co właściwie dzieje się w domostwie na Głowie i jakie tajemnice w sobie ono kryje. A wierzcie mi, trochę ich jest!

Podczas czytania tej książki towarzyszyły mi emocje podobne do tych, jakie miewam, oglądając horror, patrząc przez palce, bo boję się zobaczyć zbyt wiele. Boję się, choć jednocześnie z niepohamowaną ciekawością oczywiście zerkam!
ŻYWICA to bardzo sugestywnie odmalowany obraz choroby psychicznej i jej przerażających skutków, które dotykają nie tylko chorego, ale również jego bliskich. Na skutek traumy przeżytej w dzieciństwie Jens w dorosłym życiu staje się dziwakiem, by stopniowo zacząć pogrążać się w coraz większym szaleństwie. Popada także w chorobliwe zbieractwo, przez które jego dom i gospodarstwo zamienia się w ogromny śmietnik. Obsesyjny strach Jensa przed utratą czegokolwiek, a zwłaszcza tych, których kocha, doprowadza go do drastycznych decyzji, w których kluczową rolę odgrywa tytułowa żywica.

To co uderza w ŻYWICY, to niesamowita atmosfera tej powieści - lepka, budząca ogromny dyskomfort, a jednak bardzo wciągająca. Świat, który we mnie, przeciętnym czytelniku, budził chwilami grozę czy odrazę, postrzegany z perspektywy córeczki Jensa, nabiera specyficznego klimatu: chwilami charakteru baśni, chwilami sennego koszmaru - który jednak z ciekawością się zgłębia..

Bardzo trudno mi było określić się z uczuciami wobec bohaterów, ponieważ mimo rażących zaburzeń, w jakich Haarderowie tkwią po uszy, jest to szczerze kochająca się rodzina. Ich historia nasuwa jednak pytanie: czy ten dramat miałby rację bytu, gdyby nie ludzka obojętność ukryta pod stwierdzeniem, że lepiej się nie wtrącać?
Szczególne emocje wzbudziła we mnie Liv, która nie ma kontaktu z ludźmi z zewnątrz, nie chodzi do szkoły, nie zna innych dzieci - nie licząc swego brata bliźniaka, z którym wiąże się jedna z najbardziej szokujących niespodzianek w całej książce. Przytłaczająca jest myśl, że Liv bez mrugnięcia okiem akceptuje ten obrzydliwy świat, który stworzyli jej rodzice. Gania po lesie z łukiem, poluje, uczy się od ojca być samowystarczalna. Dla tej dziewczynki dom, tonący w hałdach klamotów, to jedyne środowisko naturalne, w którym czuje się bezpieczna. I w którym, jak przysłowiowa skorupka za młodu, nasiąka niepokojącymi cechami. To dzięki niej zakończenie tej powieści jest tak mocne.

Ta powieść jest niczym królicza nora z mrocznej bajki. I to w pewien przewrotny sposób królicza nora niemal w dosłownym sensie - o czym przekonacie się, jeśli sięgnięcie po tę niezwykłą, dziwną i dość przerażającą książkę. Warto jednak podkreślić, że ta mroczna historia nie jest dla każdego. Co wrażliwszych czytelników może nieźle oszołomić, podsunąć pewne obrazy nie do zapomnienia i nie dać potem spokojnie zasnąć.


Ż Y W I C A. (HARPIKS). ANE RIEL. Przekład: Joanna Cymbrykiewicz. Wydawnictwo Zysk i S-ka. 2020. Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

BĄDŹMY DOBREJ MYŚLI

































Tytuł niby tchnący optymizmem, ale lektura tej specyficznej książki do łatwych nie należy i nie jest to raczej pozycja dla każdego. Autobiograficzna powieść Caroliny Setterwall wypełniona jest cierpieniem, poczuciem winy i smutkiem, którymi, szczerze mówiąc, bez pardonu przytłacza. A przy jesiennej szarudze, w towarzystwie jakiej mnie przyszło ją czytać, to odczucie jeszcze się nasila. Choć lubię smętne klimaty, tym razem w trakcie czytania czułam wręcz potrzebę odkładania lektury, żeby trochę od niej odpocząć. I nie wiem do końca, co o tej książce sądzić. Chwilami miałam z nią mocno pod górkę, a z drugiej strony jest bardzo życiowa, szczera do bólu, emocjonalna, choć wyprana z sentymentów. I przypuszczam, że potrafi poruszyć do głębokich zakamarków w sercu. Sęk w tym, że jakoś średnio do mnie trafiła.

Żałoba to ciężki temat. Wie to każdy, kto przez nią przechodził, kto kogoś opłakiwał.
Partner Caroliny umarł niedługo po tym, jak urodził im się syn. Wiąże się z tym pewne dziwne wydarzenie. Autorka już w prologu wspomina, jak pewnego dnia otrzymała od Aksela dziwnego maila, w którym powiadamiał ją, co ma zrobić, gdyby umarł. Lubił mieć wszystko z góry zaplanowane, więc w jego przypadku taki mail może nie powinien dziwić. Skąd jednak nagle taka czarna myśl? I to w momencie, kiedy w jego życiu dopiero co zaczął się nowy, ważny rozdział? Impuls? A może przeczucie? Wkrótce, pewnego ranka Aksel po prostu się nie obudził, a Carolinie nagle zawalił się cały świat.

Carolina i Aksel nie byli wcale wzorcową parą. Ich historia, którą autorka w szczegółach opowiada w kolejnych rozdziałach, sięgając do swych wspomnień, miała w sobie niewiele z upiększonej, romantycznej powieści o miłości. Na wielu płaszczyznach, choćby odnośnie dziecka, dogadywali się tyle o ile. Ich wspólne życie w dużym stopniu bazowało na sztuce kompromisu; było pełne zgrzytów, nieporozumień, trosk dnia codziennego, w których oboje się zagubili.

Jak to jest, że dopiero po stracie dostrzegamy, jak silna więź łączyła nas ze zmarłym? Jak iść dalej z tą powstałą w życiu wyrwą?
Carolina Setterwall dzieli się w swojej książce szeregiem bardzo osobistych problemów i wątpliwości, nawet w kwestii macierzyństwa, którego tak pragnęła, a które w tych trudnych chwilach po prostu ją wykańcza. Z czasem uczy się je cenić, od nowa dostrzegać pozytywy w życiu i otwierać się na nowe szanse.

Wbrew tytułowi, właściwie trudno być jednoznacznie dobrej myśli po tej lekturze Mimo że gdzieś tam przez udrękę autorki przebija nieznaczny promyczek nadziei, jej smutna historia przytłacza. To książka zdecydowanie dla tych, którzy odnajdują się w mocno refleksyjnych, depresyjnych klimatach. Dla mnie okazała się chyba trochę zbyt ciężkim kalibrem.


BĄDŹMY DOBREJ MYŚLI. (Låt oss hoppas på det bästa). CAROLINA SETTERWALL. PRZEKŁAD:. MACIEJ MUSZALSKI. WYDAWNICTWO ZYSK I S-KA. 2019. Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

MIEDZIAKI



























Colson Whitehead uchodzi za jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy amerykańskich; za powieść KOLEJ PODZIEMNA nagrodzony został nawet Pulitzerem. MIEDZIAKI to jego najnowsza książka. To historia o pewnym haniebnym procederze. I niezłomnym poczuciu godności, ukrytym w niepozornym z wyglądu chłopcu w okularach.

Akcja powieści toczy się w latach 60-tych, na Południu Stanów Zjednoczonych. Sweet sixties bynajmniej nie mają tu tak beztrosko różowego wizerunku, jaki wykreowała im popkultura. Czarnoskóry nastolatek Elwood Curtis, praktycznie porzucony przez rodziców i wychowywany od maleńkiego przez babcię, to grzeczny, uczynny chłopiec. Do tego wzorowy uczeń, który ma widoki na studia. Tymczasem przez zupełny przypadek zostaje niesłusznie  uznany za współwinnego kradzieży auta i zamknięty w poprawczaku, o którym mówi się po prostu Miedziak. Oficjalnie Miedziak śmie zwać się szumnie szkołą. Tak naprawdę w tym przybytku również kwitnie rasizm, a chłopcy od dziesiątek lat traktowani są wedle widzimisię kadry wychowawców i opiekunów. Są wykorzystywani, także seksualnie, bici, poniżani. A ci, którzy podpadną, nie dostosują się, sprzeciwią - znikają, użyźniając pobliskie dzikie poletko.

W takim bagnie ląduje delikatny Elwood ze swym głębokim poczuciem moralności oraz głową nabitą wzniosłymi, odważnymi słowami swego duchowego mentora - Martina Luthera Kinga. Chłopak postanawia cierpliwie przetrwać odsiadkę. Nawiązuje kilka bliższych znajomości, z godnością znosi też bolesne zapoznanie się z zasadami funkcjonowania w tym miejscu. Ale okrucieństwo w Miedziaku skłania go w końcu do ryzykownej próby wystąpienia przeciwko bezdusznemu systemowi.

Tę historię, opartą na faktach (Miedziak jak najbardziej miał swego autentycznego odpowiednika) czyta się z poczuciem dość dotkliwej bezsilności. Jak coś takiego w ogóle mogło istnieć? Dlaczego na to pozwalano? Gdzie była władza i prawo?

Whitehead sięga po tematy, które w historii Ameryki są wstydliwymi plamami na jej sumieniu. Rozlicza ją z najcięższych win, pokazując brudną prawdę o głęboko zakorzenionym rasizmie, ogromnej niesprawiedliwości, o bardzo wadliwym systemie społecznym. Wiele kwestii w tej książce może oburzyć do żywego. Organa prawa, które skazują niewinnych, nie robiąc absolutnie nic z istnym barbarzyństwem wyrządzanym przez innych. Pozbawianie ludzi tego, co najcenniejsze - godności osobistej. Wyjątkowo szokujące jest też to, że główni bohaterowie to tylko dzieci, nie tylko głęboko świadome okrucieństwa swego losu, ale wręcz z nim zżyte, przywykłe do niego, przyjmujące go z pełną rezygnacji konstatacją, że to coś, czego zmienić się i tak nie da. Jakby nie miało ich spotkać już nic dobrego. Ten brak nadziei jest porażający. Co ciekawe, proza Whiteheada nie epatuje emocjami, ma stonowany, wyważony charakter, pozwala samemu ustosunkować się do tego, o czym się czyta. 

Ta dramatyczna historia to upamiętnienie chłopców, którzy przeszli przez Miedziaka, opuszczając go (często z traumą na resztę życia) lub nie mając, niestety, tyle szczęścia. Whitehead dał głos sprawie, która nie powinna zostać zapomniana, za którą odpowiedzialne są nie tylko jednostki, ale i wadliwe prawo, społeczeństwo, rząd. Przerażające, jak niewiele znaczy ludzkie życie w świecie pełnym korupcji i przemocy.



M I E D Z I A K I. (NICKEL BOYS). COLSON WHITEHEAD. PRZEKŁAD: ROBERT SUDÓŁ. WYDAWNICTWO ALBATROS. 2019
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.

ZASADY MAGII

Starodawny ród czarownic plus lata 60-te. To brzmiało ekstra, choć miałam lekkie obawy, czy aby nie będzie to fantastyczne bajanie z fruwaniem w powietrzu, sypaniem wokół czarodziejskim pyłkiem i machaniem różdżką. Pod tym względem jednak ZASADY MAGII pozytywnie mnie zaskoczyły. Owszem, jest tu mowa o czarach, ale fabuła dość konkretnie i mocno trzyma się rzeczywistości.
Niestety, z całą resztą jest już nie tak fajnie.

ZASADY MAGII - p
odszyta dziwnym klimatem opowieść o dojrzewaniu, akceptacji samego siebie i przeznaczeniu, od którego podobno nie można uciec, to historia, opowiadająca o losach rodzeństwa Owensów: Franny, Jet i Vincenta, którzy wywodzą się z rodziny od wieków mającej do czynienia z magią. Ich matka to potomkini kobiety, skazanej za czary 300 lat wcześniej. Ale nie tylko czary towarzyszą tej rodzinie od wielu pokoleń. Dzieciaki Owensów, dorastając w Nowym Jorku doby rock'n'rolla i wielkich przemian społecznych, odkrywają z czasem swoje moce, a przełomem w ich życiu są wakacje u ciotki. To ona wpaja im tytułowe zasady. Zasada numer 1 brzmi - używać magii w taki sposób, by nikogo nie krzywdzić. Inna - nie zakochać się. Na skutek rodzinnej klątwy grozi bowiem to śmiercią obiektu miłości.
Oczywiście cała trójka Owensów i tak się zakochuje, łamiąc życie sobie i innym.

Dziwna sprawa z tą książką. W zasadzie mogłaby mnie nawet zachwycić, bo uwielbiam historie o więzi między rodzeństwem, gdzie jedno za drugim wskoczyłoby w ogień. A jednak czytało mi się tę powieść z pewnym mozołem. Jej dość specyficzny styl sprawiał, że nie przeżywałam wydarzeń, o których czytałam, nie byłam w stanie wczuć się w dane sytuacje. Niektórzy tu dramatycznie umierają, a potrafi to być przekazane niemal w jednym zdaniu, które mnie o tym informuje równie powierzchownie jak telegram. Stąd też niemal zero emocjonalnego zaangażowania z mojej strony. Zabrakło mi tu żywych, konkretnych wrażeń i bliższej więzi z bohaterami. 


Powieść ma swoje smaczki, które potrafię docenić, nawet jeśli naprawdę średnio do mnie trafiła - niemniej to trochę za mało, by mogła okazać się zadowalającą lekturą. Akcja toczy się w tak przeze mnie lubianych latach 60-tych. Nie muszę chyba dodawać, że ma w związku z tym ciekawe tło obyczajowe, pełne burzliwych wydarzeń. Bardzo dużo dzieje się także w samej rodzinie Owensów; można by nawet pomyśleć, że aż za dużo, jak na losy jednej familii. Wypadki, choroby, dziecko zmajstrowane w wieku 14 lat - to nie jest materiał na nudną historię. Mniej więcej od połowy było naprawdę ciekawie, zwłaszcza dzięki nieprzewidywalnemu Vincentowi. Lecz podobnie jak we wcześniejszych wątkach, tak i tutaj, autorka zastosowała pewną sztuczkę (bynajmniej nie magiczną) - obiecując interesującą opowieść, ale definitywnie i bezlitośnie dla czytelnika w pewnym miejscu ją ucinając.
 

Ciężko się oprzeć wrażeniu, że ZASADY MAGII to powieść, której potencjał nie został właściwie spożytkowany lub poszedł nie tą drogą, którą powinien. Ta książka mogła być jedną wielką czytelniczą przygodą, a skończyłam ją bez większych wrażeń i refleksji, i z takim dziwnym uczuciem, jakby mi się tylko przyśniło, że ją przeczytałam.


Z A S A D Y   M A G I I
(THE RULES OF MAGIC)
CYKL: PRACTICAL MAGIC # 1
ALICE HOFFMAN
PRZEKŁAD: DANUTA GÓRSKA
WYDAWNICTWO ALBATROS
2019

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.

LANNY

Do sięgnięcia po tę książkę skłoniła mnie myśl, że mimo pięknej, bajkowej oprawy, ma ona w sobie coś niepokojącego, niczym w horrorze. Nie bez znaczenia był także fakt, że powieść została nominowana do tegorocznej Nagrody Bookera; oraz że autor, Max Porter, pochodzi z miasta, które z pewnych prywatnych powodów jest mi bliskie ;) Dość jednak rzec, że LANNY od razu, na pierwszy rzut oka jakoś mnie do siebie przekonał. I nie zawiódł! Muszę przyznać, że dawno nie czytałam czegoś tak dziwnego i tak ujmującego zarazem.

LANNY ma w sobie coś z baśni we współczesnych realiach, mrocznego mitu, nawet poematu. To nowatorska powieść płynąca z nurtem pięknie, chwilami przedziwnie skomponowanych słów. A historia, którą w sobie ta książka kryje, zdaje się być niczym stara miła melodia - taka, którą każdy zna, choć musiałby ją pewnie wydobyć z czeluści zapomnienia.

Akcja powieści toczy się na angielskiej prowincji, służącej pracoholikom z miasta za swego rodzaju sypialnię. Lloydowie przenieśli się na wieś z Londynu. On to pracownik korpo, ona - była aktorka, pisze teraz krwawe kryminały. Obojgu trudno odnaleźć się w nowym miejscu, gdzie najwyraźniej każdy się z każdym zna. Takich problemów nie ma jednak ich synek Lanny - mały ekscentryk o niezwykłej wrażliwości i otwartym, chłonnym umyśle, dla którego cała okolica to jedno wielkie cudowne pole badawcze, pełne extra tajemnic. Lanny pobiera lekcje rysunku u mieszkającego w wiosce, niegdyś sławnego artysty, dziś branego za nieszkodliwego świrusa. Wkrótce ciekawy świata i eksplorujący okolicę chłopczyk zaczyna miewać koszmary, tworzyć mroczne rzeczy i twierdzić, że widział Praszczura Łuskiewnika - mityczną postać, którą straszy się niegrzeczne dzieci. Łuskiewnik to część lokalnego folkloru, równie stary jak sama wioska. Podgląda i podsłuchuje jej życie od wieków, nasiąka nim. Dzięki niemu my sami stajemy się tu po trosze podsłuchiwaczami i podglądaczami. Czasem jakiś mieszkaniec wioski zwraca szczególną uwagę Łuskiewnika, zaczyna go fascynować. A teraz tym kimś jest właśnie niezwykły, twórczy mały Lanny.

Powieść, mimo innowacyjnej narracji, jest zdumiewająco łatwa w odbiorze, a fabuła, choć w zasadzie prosta, ma w sobie coś niesamowitego, zaskakuje i porusza. Tego się nie czyta, a wręcz chłonie, niczym bajkę na dobranoc ku przestrodze.
Zniknięcie dziecka to wstrząsające wydarzenie, które ukazuje rozdźwięk między tym, czym żyje mała wiejska społeczność, kierująca się własną moralnością (żerowanie na nieszczęściu, tworzenie potwornych scenariuszy, wścibstwo i szukanie winnych), a drugą, metafizyczną stroną bytu tej wioski, którą dostrzegają jedynie absolutne wyjątki.

LANNY swym przesłaniem przypomina o naturze jako o źródle równowagi, witalności i naszej duchowości. Zagonieni we współczesnym świecie, przytłoczeni obowiązkami, zapominamy, że z naturą łączy nas magiczna więź. A przecież w każdym z nas jest, przynajmniej do pewnego czasu, taki ciekawski Lanny, otwarty na świat, innych ludzi i wiele możliwych scenariuszy - zanim damy się wtłoczyć w pewne ramy, czego wymaga od nas współczesne życie, społeczeństwo czy po prostu dojrzałość.

Urzekła mnie ta książka, mogłabym rzec, do głębi - każde jej zdanie, jej niesamowita konwencja, piękny, głęboki przekaz i jej mały niezwykły bohater ❤ Jeśli szukacie czegoś absolutnie niezwykłego, powinniście zdecydowanie sięgnąć po debiut Maxa Portera, bo to wręcz istny czarodziej słowa, a jego niesamowity LANNY to wyjątkowa, magiczna lekcja wrażliwości.


L A N N Y
MAX PORTER
PRZEKŁAD: JERZY ŁOZIŃSKI
WYDAWNICTWO ZYSK I S-KA
2019

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

CZEKAŁAM NA CIEBIE

Książka dla romantyczek? Poproszę! Zwłaszcza, że w swojej debiutanckiej powieści Magdalena Krauze sięga po niezbyt eksploatowany motyw współczesnych trzydziestolatek, z powodzeniem wspinających się po szczeblach kariery zawodowej, ale radzących sobie zdecydowanie gorzej w życiu uczuciowym, w którym często wieje zwykłą pustką.

Bohaterka CZEKAŁAM NA CIEBIE, Paulina, pracuje w redakcji popularnego pisma dla kobiet. To skupiona na swej karierze singielka przed 30-tką. Ale i romantyczka, która czeka na prawdziwą miłość - taką, która będzie niczym porażenie prądem. Lata lecą, księcia ani widu i bohaterce, zgodnie ze słowami jej przyjaciółki Malwiny, coraz bardziej grozi staropanieństwo w towarzystwie mruczka.

Tymczasem nowym redaktorem naczelnym pisma zostaje niejaki Igor Gradecki - przystojny licealny kolega Pauliny i jej niespełniona szkolna miłość. Igor nie poznaje dawnej klasowej Słonicy; to teraz piękna kobieta. Jego pojawienie się po latach sprawia, że w Pauli odżywają dawne, równie trwałe uczucia: podatność na urok Igora walczy w niej z chęcią odegrania się za upokorzenia. Aż pewien niefortunnie stłuczony palec (plus może jeszcze ciasto z kokosem) pomagają im przełamać pierwsze lody i odnowić znajomość już na całkiem innym poziomie. Czy Paulina będzie jednak w stanie zaufać podszeptom serca i dać się porwać uczuciu do Igora, które odezwało się po latach z taką siłą, jakby nigdy nie wygasło?

Powieść ma ciepły, bardziej obyczajowy niż romansowy klimat, i zgrabną fabułę. Jest to lekka, słodka lektura (nie tylko dlatego, że Igor to łasuch;)), którą czyta się błyskawicznie. Dobrze się z tą książką bawiłam, kibicując bohaterom w ich utarczkach i z przyjemnością śledziłam, co z tego wszystkiego wyniknie. Byłam też ciekawa, czy Igor wart jest uczucia Pauliny.

Magdalena Krauze w swym debiucie z powodzeniem stworzyła swojską opowieść, w której odnajdzie się bez trudu niejedna rówieśniczka bohaterki, może nawet pozwoli uśmiechnąć się z sentymentem do własnych przeżyć z nastoletnich czasów. Historia jest oczywiście dość przewidywalna i nieco bajkowa, ale wystarczająco miła w odbiorze, by nie miało to większego znaczenia. Autorce udało się również wykreować ciekawych bohaterów, którzy dobrze wpasowali się w fabułę. Fakt, że wątek obyczajowy również ma tu swoje wyraźne miejsce, także zadziałał na korzyść tej książki. Podobał mi się zwłaszcza ciepły wątek relacji Pauli z rodzicami.
Co mi jednak chwilami trochę w tej powieści przeszkadzało, to spora ilość śmiechowych metafor i ripost - a jestem na nie baaaardzo wyczulona od czasów BAD BOYS'S GIRL, i uważam, że łatwo z nimi przesadzić - nawet jeśli książka w założeniu ma być pełna humoru - i osiągnąć zupełnie odwrotny cel od zamierzonego.

Samotność, choć czasem przekornie lubimy się nią obnosić, bywa dotkliwa. Znaleźć kogoś, kto sprawia, że czujemy się w życiu naprawdę spełnieni, to niewątpliwie ogromne szczęście. Wszystko to znajduje ładne odzwierciedlenie (choć jakby odrobinę z przymrużeniem oka;)) w tej właśnie książce - urokliwej, zabawnej opowieści o starej miłości, odpornej na lata i korozję; o tym, że czasem warto zakopać przeszłość; oraz o nowych szansach na szczęście, na które nigdy nie powinno być za późno.

Zakończenie jest👌! Ładnie wieńczy tę historię, wprowadzając sporo pozytywnego zaskoczenia. I niewątpliwie otwiera furtkę kontynuacji ;)


C Z E K A Ł A M   N A   C I E B I E
MAGDALENA KRAUZE
WYDAWNICTWO JAGUAR
2019

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

POŁĄCZYŁY ICH GWIAZDY

POŁĄCZYŁY ICH GWIAZDY to książka, w której aż roi się od astrologii i horoskopowych przepowiedni. Co z nich może wyniknąć, kiedy gwiazdy postanowią namieszać komuś w życiu? Czy przyszłość rzeczywiście da się przewidzieć, czy może jednak horoskopy to tylko żerowanie na ludzkiej naiwności?

Para głównych bohaterów tej powieści ma na ten temat dość radykalnie różne zdanie.
Ona - Justine, Strzelec, jest pragmatyczką, mocno stąpającą po ziemi. Pracuje w redakcji poczytnego czasopisma, gdzie ostatnio przez przypadek awansuje z posady gońca na redaktorkę.
On - Nick, Wodnik, to typ wiecznego chłopca, bujającego w obłokach; od zawsze marzy o zostaniu aktorem, a jak na razie grywa najczęściej role żywych reklam w nadmuchiwanych kombinezonach.

Justine i Nick, oboje przed trzydziestką, znają się z dzieciństwa, kiedy to mieszkali po sąsiedzku. Potem na długo stracili się z oczu, ale po niespodziewanym spotkaniu po latach w Justine odżywa dawne uczucie do Nicka. Niestety on, świeżo po zerwaniu z dziewczyną, traktuje ją tylko jak przyjaciółkę. A że zaczytuje się w horoskopach w czasopiśmie, dla którego pracuje Justine, dziewczyna postanawia potajemnie odrobinkę zmodyfikować horoskop dla Wodnika, by dopomóc Nickowi w zrozumieniu pewnych spraw. Np. tego, że są sobie przeznaczeni.
Umyka jej jednak, że interpretacja Nicka może być różna i że przy okazji być może namiesza także w życiu innych osób;)

Debiut Minnie Darke należy do gatunku lekkich i kusi dobrym wątkiem romantycznym. Dodajmy do tego humor i garść wzruszeń, ale też na wesoło. Pycha, prawda?
Szczerze polubiłam Justine i Nicka, zachwyciłam się ich charakterami, relacją i późniejszym życiem po sąsiedzku (po latach - czyżby za sprawą gwiazd? - również zamieszkują obok siebie ;)). Sekundowałam im w zbliżaniu się do siebie mimo różnych komplikacji, z byłą dziewczyną na czele.

Autorka ma lekkie, przyjemne, swobodne pióro i niewątpliwie dużą, nieskrępowaną wyobraźnię. Mogłabym więc uznać tę powieść za całkiem udaną lekturę, przy której nieźle się bawiłam; jest jednak małe ale. Urocza historia Nicka i Justine tonie w wątkach pobocznych, którymi ta w nieposkromiony sposób pogodna książka jest wręcz przeładowana. Wątkach ciekawych, barwnych, ale w tej ilości po prostu przytłaczających i rozpraszających. Mam miękkie serce (zodiakalny Lew) i nie wskazałabym, które z nich należałoby zredukować. Ale powinno być ich mniej, choć troszeczkę! Bo mimo, że powieść broni się jak może - naprawdę dobrym, przyjemnym w odbiorze stylem, oryginalnością pomysłu - to chwilami w trakcie czytania czuć przesyt i znużenie, właśnie tymi licznymi wycieczkami w bok. Autorka poświęciła bohaterom drugiego planu mnóstwo uwagi, ale w rezultacie główni bohaterowie stracili na wyrazistości, stali się po trosze jednymi z wielu, z lekka giną w tym tłumie.

Mimo to, jeśli już ktoś z Was zdecyduje się na lekturę, radziłabym nie zniechęcać się zbyt szybko. Książkę zdecydowanie warto doczytać, dać się porwać fajnym emocjom w drugiej jej połowie i oczarować zakończeniem - słodkim, wręcz filmowo urokliwym i w zasadzie jedynym, jakie brałam pod uwagę ze względu na niejakiego Browna ;D

Podsumowując: książka jak na debiut niezła i bardzo pomysłowa, choć niemiłosiernie zakręcona.


P O Ł Ą C Z Y Ł Y   I C H   G W I A Z D Y
(STAR-CROSSED)
MINNIE DARKE
PRZEKŁAD: JACEK SPÓLNY
WYDAWNICTWO ZYSK I S-KA
2019

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

MILION NOWYCH CHWIL

P R E M I E R O W O
Wymarzona praca, wymarzony facet, który za chwilę się oświadczy - cudowne życie zdaje się wręcz słać bohaterce MILIONA NOWYCH CHWIL u stóp. Margaret już rozgląda się za psem, którego przygarną i za rodzajem sztachet do płotka, który otoczy ich piękny dom.
Żyć nie umierać!
Ale jedna lekkomyślna decyzja zmienia tę disney'owską bajkę w dramat. Margaret i jej narzeczony Chip rozbijają się w samolocie. On wychodzi z tego bez zadraśnięcia, ona nie ma tyle szczęścia. Dwie operacje. Przeszczepy skóry. Uszkodzenie kręgosłupa i wyrok.
Jak Margaret poradzi sobie z wizją kalectwa? Czy znajdzie oparcie wśród najbliższych? I czy Chip okaże się mężczyzną jej życia czy chip...euszem?
Dramat Margaret sprawi też, że zakotłuje się w jej pozornie poukładanej, idealnej rodzinie, w której wyjdą na jaw pewne burzliwe fakty, mogące wywrócić wszystko do góry nogami. W życiu bohaterki znów pojawi się rodzinna czarna owca - jej siostra, która lata temu zerwała kontakt z nią i rodzicami. A także pewien wyjątkowo gburowaty fizjoterapeuta ze Szkocji, który wzbudzi w Margaret mnóstwo sprzecznych emocji.

"Jeżeli zamierzasz w tym roku przeczytać tylko jedną książkę, wybierz „Milion nowych chwil” - oto, co napisała o tej powieści jedna z moich ulubionych autorek, Nina George. Słowa może trochę na wyrost, ale powiem Wam, że jest w tej książce coś, co rzeczywiście czyni ją dość wyjątkową.
W zasadzie mogłaby być przesiąknięta na wskroś smutkiem i atmosferą zdołowania - w końcu mowa tu o życiowej tragedii. Ale taka nie jest. Przeciwnie - choć to historia upadku i cierpienia, ma w sobie dużo ciepła, optymizmu i... tak, także humoru - dzięki bohaterce, która zamiast biadać na zły los, próbuje odnaleźć się w nowej sytuacji. Jej siła i pogoda ducha wręcz z tej książki emanują, a z jej celnych, czasami gorzkich, sarkastycznych spostrzeżeń zdarzało mi się śmiać nawet w głos. Chciałoby się też aż uściskać ją za to, że nie dała podkopać w sobie wiary w siebie i swoje możliwości - choć parę osób bardzo się starało tego dokonać.

Książka Katherine Center w bardzo udany sposób łączy w sobie poważny, życiowy temat, który może dotyczyć każdego z nas i przyjemny, lekki styl. Dobrze wykreowani bohaterowie, zgrabna fabuła i ujmujący wątek romantyczny oraz odrobina nieprzewidywalności zapewniają tu dużo zróżnicowanych wrażeń.

Powieść w zupełnie nienachalny sposób dodaje otuchy, traktując o godzeniu się ze sprawami, których zmienić się nie da; o wyciąganiu nauki z tego, co się nam przytrafia. Przewartościowuje priorytety, mówiąc o nowych początkach i afirmacji życia, celebrowaniu chwil szczęścia i dostrzeganiu ich w codzienności - nawet jeśli jest ona trudna. To również historia o odbudowywaniu rodzinnych więzi i budowaniu życia na nowych podwalinach.

Ta pogodna historia, z przesympatyczną i godną podziwu bohaterką, zjednała mnie sobie bez trudu. To idealna lektura na lato, w której można się zaczytać, zapominając o świecie. Życia może nie odmieni, ale z pewnością da radę rozjaśnić pochmurny dzień i wywołać uśmiech nawet na twarzy ponuraka. Sama z natury jestem smętkiem, a ogrzała mnie ona i rozweseliła, niczym promienie słońca:)

"Jeżeli nie wiesz, co zrobić dla siebie, zrób coś dla innych."


M I L I O N   N O W Y C H   C H W I L
(HOW TO WALK AWAY)
KATHERINE CENTER
PRZEKŁAD: ANNA RAJCA-SALATA
WYDAWNICTWO MUZA
2019

Za egzemplarz przedpremierowy dziękuję Wydawnictwu Muza.

NIGDZIE INDZIEJ







Jakie pierwsze skojarzenia nasuwają nam się kiedy słyszymy słowo: Indianin?
Winnetou? Zabawa w podchody i malowanie sobie twarzy w kolorowe pasy? Tipi? Łapacze snów? A może groteskowy Tonto zagrany przez Johnny Deppa w Jeźdźcu znikąd?
Co my tak naprawdę wiemy o Indianach oprócz tego, co przekazano nam w masowej pop kulturze, tudzież ucząc, że żyli w Ameryce, kiedy została odkryta przez przybyszy zza wielkiej wody i że zostali przez tych przybyszy, delikatnie ujmując, wysiudani z własnych ziem?

Powiem szczerze, że sama wiem na ten temat niewiele, dlatego książka Tommy'ego Orange'a, zapowiadająca się po opisie na ważną lekturę o rozliczeniowym charakterze, zwróciła moją szczególną uwagę.

Tommy Orange, członek plemion Czejenów i Arapahów z Oklahomy, omija w swej debiutanckiej powieści zakłamaną historię, znaną z przestarzałych podręczników, ukazując tę, której z pewnością co niektórym wygodniej nie znać - tak jak na pewne rzeczy lepiej nie patrzeć, a pewnych spraw nie roztrząsać. Orange odważnie rzuca wyzwanie sumieniu białej Ameryki, głośno przypominając, że dzieje jego pobratymców, rdzennych mieszkańców tego kontynentu, którzy za sprawą białych stali się obcy na swych własnych ziemiach, wyparci z nich, przegonieni - to długa opowieść, naznaczona niewyobrażalnym cierpieniem.
Jeśli weźmiemy pod uwagę, że 95 procent populacji Indian zostało w imię kolonizacji i ekspansji terytorialnej właściwie unicestwionych, słowo holokaust w odniesieniu do ich historii nabiera bolesnego autentyzmu.

Eksterminacja rdzennych mieszkańców Ameryki została zatuszowana. Świat o niej milczy, bo tak nakazuje przesączona fałszem poprawność polityczna. Tommy Orange wdziera się w tę ciszę, stając się wyraźnym głosem swego ludu, nazywając jego tragedię po imieniu. Każe nam prześledzić niewygodną dla białych przeszłość. Stawia też niełatwe pytania na temat obecnej sytuacji Indian - niedobitków, co prawda, nie izolowanych już w rezerwatach, ale nadal wyobcowanych w amerykańskim społeczeństwie, które ich wchłonęło. Autor pozwala nam przyjrzeć się efektom tej asymilacji na siłę.

Akcja NIGDZIE INDZIEJ toczy się współcześnie, a dwanaścioro bohaterów tej powieści, stanowiących mieszankę bardzo różnych osobowości, łączy jedno - wszyscy oni, choć każdy z własnych powodów, znajdą się na wielkim zjeździe plemiennym, organizowanym na stadionie w Oakland. Będzie tam m. in. Dene Oxygene, który chce kontynuować dzieło swego zmarłego wuja i stworzyć zbiór historii, opowiedzianych przez Indian. Również Bill Davis, weteran wojny w Wietnamie, który na co dzień sprząta stadion po imprezach. Jaquie Czerwone Pióro jedzie na zjazd z daleka, chcąc zobaczyć występ swego wnuka, Orvila, który weźmie udział w tradycyjnym tańcu indiańskim.
Zaledwie 14-letni Orvil z kolei jest tu przykładem bohatera, który choć o kulturze swych przodków dowiaduje się z Internetu, czuje się spadkobiercą jej spuścizny i rozumie, jak ważne jest przekazywanie historycznego i kulturowego dziedzictwa następnym pokoleniom, by go nie zaprzepaścić.
Dla kontrastu - kilkoro bohaterów niewiele starszych od Orvila, dorastających wśród przemocy, ma zupełnie inne plany wobec zjazdu, co w efekcie przyczyni się do tragedii.

Powieść Orange'a nie należy do łatwych lektur. Spora ilość bohaterów i ich osobne historie (które z czasem zaczynają się ściśle ze sobą splatać), sprawiały, że chwilami trochę się gubiłam. Styl autora też jest specyficzny. Książka wymaga więc od czytelnika pewnego wysiłku, choć jednocześnie potrafi być dość hipnotyzująca, niepokojąca. Da się w niej usłyszeć echo wierzeń Indian, bogactwa ich kultury, ducha. Odbija się w niej jednak także ogólny marazm i fatalizm, w jakim obecnie tkwią, obrabowani nie tylko z własnych ziem i praw do niej, ale również z nadziei. Dzisiejsi tzw. miejscy Indianie w powieści Orange'a to rozgoryczeni ludzie tkwiący w jakimś pełnym przemocy miejscu gdzieś pomiędzy, w pułapce o nieokreślonych ramach, nie umiejący się odnaleźć, popadający w uzależnienia, popełniający samobójstwa. Oni już sami nie wiedzą, kim są. Są jak wyrzut sumienia, nad którym nikt zbytnio nie chce się zastanawiać.

My, Polacy, dobrze wiemy co to znaczy przekłamywać historię. Można powiedzieć, że znamy ten ból. Dlatego myślę, że NIGDZIE INDZIEJ to ważna książka i warto się z nią zmierzyć. Polecam zarówno tym, którzy żywo interesują się samym tematem Indian, jak i tym, którzy zechcą się pochylić nad nikczemnie kamuflowanym tzw. indiańskim problemem.


N I G D Z I E   I  N D Z I E J
(THERE THERE)
TOMMY ORANGE
PRZEKŁAD: TOMASZ TESZNAR
WYDAWNICTWO ZYSK I S-KA
2019

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

TWOJE FOTOGRAFIE


Pierwszy raz o Tammy Robinson usłyszałam rok temu, kiedy trafiła w moje ręce niezwykła młodzieżówka NORMALNI INACZEJ . Książka wywarła na mnie duże wrażenie i mocno przypadła mi do serca. Była zresztą jedną z najlepszych, jakie przeczytałam w 2018 roku. Ucieszyło mnie więc bardzo, że ukazała się u nas niedawno kolejna powieść tej nowozelandzkiej autorki.

W NORMALNYCH INACZEJ bohaterowie mierzyli się z typowymi problemami wkraczających w dorosłość nastolatków. TWOJE FOTOGRAFIE nie unikną pewnie porównywania ze swą poprzedniczką, warto więc od razu zaznaczyć, że to coś zupełnie innego. Tym razem Tammy Robinson sięgnęła  po temat zarówno dojrzalszy, jak i drastyczniejszy, który jednak potraktowała ujmująco delikatnie. Historia opowiedziana w tej książce dotyczy kwestii, która czeka nas wszystkich - umierania. Ale tego jego rodzaju, który wydaje się wyjątkowo niesprawiedliwy - umierania w młodości.

28-letnia Ava dowiaduje się, że ma nawrót choroby, z którą już kiedyś, jak się wydawało, wygrała. Tym razem jednak nie ma ratunku. Lekarze twierdzą, że zostało jej mało czasu. Może rok, może kilka miesięcy. Rodzice chcą, by ich jedynaczka walczyła, jak poprzednio. Ale Ava nie chce tracić czasu na leżenie w szpitalu. Pragnie odejść na własnych warunkach, wyciskając z reszty życia, ile tylko zdoła i spełniając swoje wielkie pragnienie.
 Może pomyślicie, że marzy o zdobyciu jakiegoś szczytu. Albo o egzotycznej podróży.
Otóż nie. Ava ma bardzo prozaiczne marzenie, które towarzyszy jej od dzieciństwa. Chce wziąć ślub. Ubrać suknię w kształcie bezy, być przez ojca poprowadzona do ołtarza... To ma być jej pożegnalne przyjęcie. Plan wydaje się dość abstrakcyjny, biorąc pod uwagę, że... brak ewentualnego pana młodego. Dla Avy to jednak nie przeszkoda.

Kiedy dzięki przyjaciółkom Avy w sprawę angażują się media, kobieta spotyka się z ogromnym odzewem i ofertami pomocy w zorganizowaniu ślubu i wesela. I wtedy Ava poznaje fotografa, Jamesa. Sesja zdjęciowa w plenerze wypada wspaniale, a między modelką a fotografem budzi się wzajemne zainteresowanie, które przeradza się szybko w coś poważniejszego. Czy umierającej dziewczynie wolno się jednak jeszcze zakochać? Czy ma prawo wciągać Jamesa w coś, co, jak wiadomo, będzie miało rychły tragiczny koniec? Czy James, który przeżył już w życiu wyjątkowo bolesną stratę, odważy się pokochać bez względu na to, jak bardzo mu przyjdzie potem cierpieć?

Jest w tej powieści dużo smutku, niezgody na wyrok losu, z którym nie da się już targować. Jest emocjonalna huśtawka i niepewność co do każdego dnia, ba, nawet tego, co zdarzy się za godzinę czy dwie. Przygotujcie się więc na nieuniknione łzy. Ale opowieść o Avie to także lekcja kontemplacji pięknych okruchów życia. W dużej mierze także lekcja dla bliskich osoby chorej, dla których przecież również jest to ogromnie trudna sytuacja, ale których obecność i wsparcie jest nie do przecenienia. Nie zabrakło tu miejsca także na subtelną historię miłosną, której zakończenie jest z góry wiadome, i choć było mi tego wątku zdecydowanie za mało, choć aż prosił się o jakieś głębsze rozwinięcie, rozumiem, że to nie on miał tu grać pierwsze skrzypce.

Ta książka, wcale nie prawiąc czczych morałów, uprzytamnia, jak lekko i beztrosko marnujemy czas, kiedy nie wiemy, ile nam go jeszcze zostało, kiedy nie czujemy nad sobą wyroku losu. Jak obojętnie przeżywamy każdy dzień, rzadko kiedy doceniając wszystkie dobre, piękne chwile, jakie się nam przytrafiają. Jak rzadko kontemplujemy życie i cieszymy się nim - choć mamy je tylko jedno.

Melancholijna i jednocześnie piękna historia, którą polecam wszystkim nieuleczalnym romantyczkom i nie tylko.

"Wiem, że życie bywa trudne i że przez miliony drobiazgów, które każdego dnia są nam niezbędne do przetrwania, mamy mało czasu. Ale przetrwanie to nie wszystko. Trzeba żyć. N a p r a w d ę  żyć."


T W O J E   F O T O G R A F I E
(PHOTOS OF YOU)
TAMMY ROBINSON
PRZEKŁAD: IZABELLA MAZUREK
WYDAWNICTWO IUVI
2019 

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu IUVI.

I CO O MNIE POWIESZ?

Holly Bourne kojarzyłam jak dotąd z bardzo młodzieżowymi klimatami, jednak wraz z tą powieścią okazało się, że znakomicie radzi sobie także w tych dojrzalszych. I CO O MNIE POWIESZ? to książka, której pogodna okładka i opis sugerują lekturę lekką i przyjemną. Rzeczywiście posiada wszystkie te cechy. Lecz i znacznie więcej. Można się przy niej popłakać ze śmiechu, ale dostarcza także powodów do szczerych, gorzkich przemyśleń.

Bohaterka tej powieści, Tori Bailey, mając 25 lat napisała bestsellerowy poradnik Kim do cholery jestem?, który stał się inspiracją i drogowskazem dla milionów jej rówieśniczek. Przekonała je, że należy odrzucić zasady i żyć zgodnie z własnymi potrzebami.

Sześć lat później 31-letnia Tori, wciąż na fali sukcesu (wznowienia jej książki, panele dyskusyjne itp.), dzieli życie z ukochanym Tomem, mają miłe mieszkanko i uroczego kota. Stały związek to bliskość, komfort, bezpieczeństwo. Wspólne oglądanie seriali. I przeglądanie newsów w Iphone'ach w przerwie reklamowej.

Czemu więc Tori, zaproszona na ślub kolejnej koleżanki i czytająca na fejsie o kolejnych zaręczynach i ciążach, zaczyna nabierać przekonania, że jej życie jest jałowe niczym pustynia? Kiedy zmieniło się ono w publikowanie szczegółowo wykadrowanych fotek i postów i oczekiwanie w napięciu na lajki? Czy to normalne, że wyznając Tomowi miłość słyszy w odpowiedzi jedynie mechaniczne Ja ciebie też? I jak to się stało, że na wesele, zamiast z nim, idzie z przyjaciółką, bo on ma swoje sprawy?

Tori to przykład kobiety, która przekraczając trzydziestkę, uświadamia sobie, że właśnie przemija jej młodość. W mediach postrzegana jest jako kobieta sukcesu. Podtrzymuje wizerunek zadowolonej z życia Tori Bailey, oszukując innych i samą siebie. Życie według własnych zasad, nie pod cudze dyktando, tak jak i związek bez zobowiązań, nie przyniosły jej oczekiwanego spełnienia i stały się pewnego rodzaju pułapką. Jednak ze względu na swój wiek boi się po raz kolejny rzucić wszystko, tak jak przed laty. Targają nią też sprzeczne pragnienia; chwilami wydaje jej się, że cudownie byłoby w końcu mieć dziecko; z kolei stagnacja w jej nudnym związku niemal pcha ją do zdrady.

"Życie po trzydziestce to jak zabawa w gorące krzesła. Nagle muzyka przestaje grać, a wszyscy się pobierają z tym, na kim akurat przysiedli."

Książka Holly Bourne porusza temat bardzo na czasie. Ukazuje, że mimo rewolucji seksualnej, 30-latka bez męża i dzieci postrzegana jest nadal jako ktoś mniej wartościowy.
Autorka nie patyczkuje się zbytnio z nikim. Bez pardonu obnaża rządzące współczesnym światem niesprawiedliwe stereotypy, nie szczędzi ironii, ciętego humoru i trafnych spostrzeżeń na temat współczesnych związków i małżeństwa, bycia singlem w świecie pełnym par, rodzicielstwa, nieuchronnego starzenia się. Książka wytyka też powszechne uzależnienie od mediów społecznościowych, które w dużej mierze nakręcają w nas potrzebę kreowania na siłę  szczęśliwego wizerunku samych siebie.

Bardzo polubiłam Tori i rozumiałam jej pogubienie, poczucie przekroczenia pewnej granicy i stania na życiowym rozdrożu. Jej uniwersalna historia wyraża prawdziwe emocje niejednej z nas. Niesatysfakcjonujący związek, w którym trzeba wręcz żebrać o każdy cieplejszy gest; ciężar presji otoczenia, które ma dla kobiety określone role; narzucony kanon piękna, któremu ma sprostać - to tylko niektóre z problemów, z którymi musi się zmierzyć ta trzydziestolatka. I które pozwalają się z nią głęboko solidaryzować.

I CO O MNIE POWIESZ? to błyskotliwa, znakomita, brutalnie szczera i bardzo kobieca książka, puszczająca wymowne oczko zarówno do zagorzałych feministek, jak i mamuś, poświęcających się dla pociech. Pozwala spojrzeć na życie ze zdrowego dystansu, przemyśleć niejedno, a może nawet spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie : Kim do chole*y jestem? ;)


I   C O   O   M N I E   P O W I E S Z ?
(HOW DO YOU LIKE ME NOW?)
HOLLY BOURNE
PRZEKŁAD: MARTA FABER
WYDAWNICTWO ZYSK I S-KA
2019

Za egzemplarz dziękuję serdecznie Wydawnictwu Zysk i S-ka.

SWATANIE DLA POCZĄTKUJĄCYCH


Jak myślicie, jak może wyglądać Wasza aura? Czy jest jasna i pogodna, czy może ciemna niczym burzowe chmury? A może... błotnista? (tak pewnie wygląda moja, przynajmniej czasami XD)

Wyobraźcie sobie, że ktoś może to widzieć jak na dłoni. Że może wiedzieć, jak Wam pomóc w potrzebie, podpowiedzieć, co zrobić, wskazać, w którą stronę pójść. Może Was też osypać magicznymi iskierkami i tchnąć w Was wiarę, że wszystko prędzej czy później się ułoży. Czyż to nie brzmi kojąco i pięknie? Czy nie byłoby nam zwyczajnie łatwiej w życiu? :)

Poznajcie Marnie, dziewczynę z Południa Stanów. Ma prawie 30 lat i pozornie życie poukładane jak w pudełeczku: pracę w przedszkolu, przystojnego narzeczonego, za którego lada moment wyjdzie za mąż. I wtedy poznaje Blix, niezwykłą staruszkę, uznaną w swej rodzinie za fiśniętą - bo zachowuje się nie tak, jakby chcieli, ubiera też zbyt krzykliwie, jak na swój wiek. Tymczasem Blix Holliday to barwna starsza pani, która posiada wyjątkowy dar: potrafi łączyć ze sobą właściwe okoliczności; a nawet więcej - przewidzieć, kto do kogo pasuje. Jednym słowem, jest swego rodzaju nowoczesną swatką. Kiedy podczas odwiedzin u siostrzenicy Blix widzi po raz pierwszy jej przyszłą synową - a jest nią właśnie Marnie, rozpoznaje w niej... swą następczynię.
Można chyba powiedzieć, że Blix ma co do niej inne plany, niż sama Marnie, która marzy jedynie o wyjściu za mąż za ukochanego Noah, domku na przedmieściu i dzieciach. Blix wie, że to nie wypali. Wkrótce sprawi naszej bohaterce mega niespodziankę, obdarowując ją w spadku swym domem na nowojorskim Brooklynie, wraz z barwną gromadką lokatorów. Marnie, która zdążyła już wyjść za mąż, rozwieść się i zaręczyć z kolejnym mężczyzną, przyjmie ten dar z zamiarem sprzedaży. Ale krótki wypad na Brooklyn nieoczekiwanie się przedłuża. Poznaje sąsiadów, z którymi z czasem zaczyna ją łączyć coraz więcej. Komplikuje sobie życie, jak tylko się da (nie chcąc spojlerować, nie mogę uściślić, jak) i odkrywa w sobie dziwne zdolności ;)

SWATANIE DLA POCZĄTKUJĄCYCH kojarzy mi się - zarówno z wyglądu (ta przesłodka okładka!), jak i tego, co kryje w środku - z pysznym deserem, takim z pianką, galaretką, i lodami! którym chciałoby się delektować, najlepiej siedząc latem w poduchach ogrodowej huśtawki. Ta historia to taki miód na (obolałe) serce, z której można czerpać pociechę, bo ta książka w swej prostocie jest po prostu mądra. Skłania do przemyśleń, co tak naprawdę jest w życiu najważniejsze, do uczenia się na błędach, przekonuje, że nie należy się ich bać, bo droga do szczęścia może być nimi wręcz wyścielona. Ta powieść kryje w sobie tyleż słodyczy, co smutku - każdemu z bohaterów świat czasem wali się na głowę, a mimo to tchnie z niej cudowną afirmacją życia. Której za każdym potknięciem trzeba się niemal uczyć od nowa! Marnie, Blix, Patrick udowadniają, że warto.

Co do samej Marnie - daleko jej do bohaterki idealnej, ale bardzo ją polubiłam. Chyba właśnie za tę jej nieidealność. Niektóre jej decyzje były tak lekkomyślne, jakby miała o połowę lat mniej, i teoretycznie kobieta powinna mnie nieziemsko irytować. A doszłam w tej kwestii jedynie do wniosku, że widocznie tak to bywa z wróżkami - wiedzą, co dobre dla innych, a same trochę błądzą ;)

Muszę się tu także do czegoś przyznać. Do 1/3 książki wcale nie byłam taka pewna, czy mnie na dobre uwiedzie. Ot, romantyczna obyczajówka, jakich przecież wiele, nawet troszkę mi się dłużyła. A potem chyba rzuciła na mnie urok. Był i żywiołowy śmiech, i powody do łez, których nie dało się zatrzymać. Nawet nie wiem kiedy ta powieść zakradła się mi do serca i, jak sądzę, znalazła sobie w nim wygodne, stałe lokum. Skończyłam czytać czując się tak, jakby ktoś sypnął na mnie szczodrą szczyptę magicznych gwiazdek! :D


 "... musisz przetrwać trudne czasy dla cudownych chwil, w których życie wręcza ci lśniące gwiazdy."


S W A T A N I E   D L A    P O C Z Ą T K U J Ą C Y C H
(MATCHMAKING FOR BEGINNERS)
MADDIE DAWSON
PRZEKŁAD: MATEUSZ GRZYWA
WYDAWNICTWO NIEZWYKŁE
2019

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu NieZwykłe.

CZERŃ I PURPURA





Czytałam jak dotąd wiele książek o Holokauście i Auschwitz, ale mam wrażenie, że u mnie z każdą kolejną książką o tej tematyce jest jak za pierwszym podejściem. Po lekturze tkwię w pewnej czytelniczej próżni, nie potrafiąc zabrać się za nic innego i nie mogąc dojść do siebie. Dokładnie takie uczucie rozbicia towarzyszy mi od chwili, gdy parę dni temu skończyłam czytać powieść Wojciecha Dutki.

CZERŃ I PURPURA osnuta jest na historii miłosnej, o której zdarzało mi się słyszeć już wcześniej, a która na pierwszy rzut oka wydaje się wręcz nieprawdopodobna. Ale czy w miejscu samym w sobie tak nieprawdopodobnym jak Auschwitz cokolwiek było niemożliwe? Wszyscy doskonale wiemy, że działy się tam rzeczy, które nie mieszczą się w głowie, że była to machina śmierci, gdzie potrafiono w niespełna dwa miesiące unicestwić prawie pół miliona ludzi, zamieniając ich w dym i góry popiołu z kośćmi. Ale było to też miejsce żywych - wegetujących setek tysięcy więźniów, którzy, nie będąc w stanie zmienić otaczającej ich koszmarnej rzeczywistości, próbowali stworzyć namiastkę dodającej im sił normalności. Dlatego opowieści o miłości w cieniu Zagłady wcale nie są tak rzadkie.

Właśnie po jedną z takich autentycznych historii sięgnął Wojciech Dutka, a jest ona o tyle wyjątkowa, że jej bohaterowie to żydowska więźniarka i esesman. Na potrzeby powieści autor nadał im fikcyjne nazwiska i stworzył życiorysy sprzed wojny, przybliżając nam ich w ten sposób i ukazując, co ich mogło ukształtować. Wstrząsającą resztę w większości nakreśliło samo życie.

Losy Mileny, utalentowanej muzycznie słowackiej Żydówki, uwięzionej w Auschwitz, i Franza, młodego esesmana, służącego w obozie, krzyżują się na jego przyjęciu urodzinowym, na którym Milena dla niego śpiewa. Ona powinna być dla niego tylko numerem 1970, ale nie potrafi o niej zapomnieć. Zauroczenie, a potem miłość do dziewczyny, skazanej na zagładę, staje się dla chłopaka ratunkiem przed otaczającym go szaleństwem zabijania, w które omal sam nie popadł. To uczucie, nie dość że śmiertelnie niebezpieczne dla niej i dla niego, jest też wyjątkowo niespełnione, bo długo odwzajemnione jedynie nienawiścią.

Tragedia Auschwitz i ludzi wplątanych w tę potworną machinę poraża najbardziej przez pryzmat losu jednostki.
Historia Franza i Mileny porusza do głębi i miażdży prawdą, jakiej dotyka. Skłania do gorzkich refleksji (autor niczego nie wybiela, nie oszczędza) i bez pardonu łamie serce, a okoliczności, w jakich rodzi się ta miłość - wśród dymu z kominów krematoriów - budzą grozę.

Franz długo nie jest w tej powieści postacią jednoznaczną. Służba w Auschwitz, gdzie zabijanie ludzi to wręcz rutyna, zdążyła już go w znacznym stopniu oswoić z okrucieństwem. Okazuje się jednak, że nie zatracił czegoś, czego prawdziwy esesman mieć nie powinien - sumienia. Obserwowanie głębokiej duchowej przemiany, jakiej doświadcza pod wpływem spotkania z Edytą Stein, a potem miłości do Mileny, jest czymś doprawdy wstrząsającym.

Książka, jak wiele innych o tej tematyce, stawia przed moralnymi dylematami i pytaniami, które po Auschwitz nabrały wyjątkowej ciężkości: o granicę człowieczeństwa, źródła zła, o poświęcenie się dla ratowania drugich, wagę ocalenia jednostek spośród wielu innych. Skłania też do refleksji nad relacjami między chrześcijanami a Żydami, które do dziś wydają się kruche.

Wojciech Dutka ma bez wątpienia ogromną wiedzę; budując tę historię, zadbał o szczegóły, przy czym jednocześnie szczęśliwie uniknął przeładowania jej suchymi faktami, a jedynie posłużył nimi, by wyostrzyć ogólny obraz. Powieść jest starannie dopracowana, styl autora, mimo pozornej szorstkości - niezwykle sugestywny, a atmosfera obozu oddana z ogromnym realizmem. Czytając tę książkę, czułam się tak, jakbym tam była. Czyta się ją więc po trosze jak dokument tamtego strasznego czasu - na jej kartach można znaleźć zarówno wiele znanych nazwisk z historii Auschwitz, jak i autentyczne wydarzenia. Czyta się też jak pełen napięcia thriller psychologiczny, bo jej bohaterowie balansują wciąż na krawędzi, ocierając się o śmierć. Mógłby to być także horror mrożący krew w żyłach.
Ale chyba przede wszystkim jest to napisana z ogromnym wyczuciem historia miłosna, prawdziwa, wyjątkowo trudna, piękna, porażająca. Nie do zapomnienia.

Gorąco polecam!


"Ten piekielny obóz był teraz częścią jego życia. Auschwitz istniało w jego głębi, a on oddał obozowi część własnej duszy. Kochając Milenę, walczył o pozostałą część."


C Z E R Ń   I   P U R P U R A
WOJCIECH DUTKA
WYDAWNICTWO ALBATROS
2019

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.

O PSIE, KTÓRY WRÓCIŁ DO DOMU

P R Z E D P R E M I E R O W O

Lucas mieszka z matką, weteranką wojskową, która ma problemy zdrowotne. Sporo oboje przeszli, ledwo wiążą koniec z końcem. Jednak kiedy chłopak, żarliwy obrońca zwierząt, znajduje wśród dokarmianych kotów malutką suczkę, nie waha się ani chwili i decyduje się ją przygarnąć. Odtąd Bella, bo tak właśnie zostaje nazwana, wychowywana wcześniej przez kotkę, ma ciepły i kochający dom. Kłopot w tym, że to Denver, miasto, w którym nie można posiadać psa, wyglądającego jak pitbull. Lucas i jego mama, którzy pokochali Bellę, robią wszystko, by uniknąć konfliktu z prawem, lecz ściągają na siebie kłopoty, wdając się w spór z pewnym przedsiębiorcą, nie liczącym się z losem bezdomnych kotów, zamieszkujących domy do rozbiórki. Pojawia się też uparty hycel, który obrał Bellę za cel - i, mając za sobą prawo, nie da łatwo za wygraną. Czy suczka, wywieziona setki mil od domu, zobaczy się jeszcze kiedykolwiek ze swym ukochanym Lucasem? Bella czeka i tęskni, aż pewnego dnia podejmuje decyzję - zrobi Do Domu! A czeka ją po drodze mnóstwo przygód i niebezpieczeństw!
 

Jestem wielkim zwierzolubem i książki, których bohaterami są zwierzęta, zajmują w moim sercu miejsce szczególne. Chociaż z natury jest ze mnie raczej kociara, w moim życiu od dzieciństwa było kilka psów i łączyła mnie z nimi silna więź, stąd zero wahania z mojej strony, kiedy pojawiła się szansa, by poznać Bellę. 

Zacznę od tego, że chusteczki, dołączone do egzemplarza, który do mnie trafił, rzeczywiście się przydały! Historie o zwierzakach zawsze potrafią mnie mocno chwycić za serce, a ta opowieść jest o tyle wyjątkowa, że została opowiedziana przez samą bohaterkę, czyli Bellę. To właśnie ta wspaniała narracja z punktu widzenia psa jest tutaj gwoździem programu i świetnie przybliża nam sposób, w jaki pies postrzega otaczający go świat i rządzące nim prawa. Rozumowanie Belli jest proste, szybko uczy się komend i staje się dobrze wychowaną suczką, znającą Załatw Swoje, dla której szczytem szczęścia jest zabawa z Lucasem i rytuał o nazwie Kawałeczek Serka. Ta psia opowieść, delikatnym charakterem zbliżona nieco do narracji dziecka, na przemian zachwyca, wzrusza (chusteczki pod ręką są naprawdę niezbędne!) i rozśmiesza. Przy tym jest tak trafna i realistyczna, że pewnie każdy, kto miał do czynienia z psami, uśmiechnie się, bez trudu rozpoznając w zachowaniu Belli i jej przemyśleniach znajome psie reakcje i odruchy.

Świetnie wykreowana główna bohaterka ma tu również wspaniale nakreślone towarzystwo w postaci kolegi swego gatunku, z którym przez dłuższy czas nawet mieszka pod jednym dachem (i jest to kolejny ciekawy motyw z  dogadywaniem się jednego psa z drugim), czy tzw. Dużej Koteczki, osieroconej pumy, z którą Belli przyjdzie dzielić pełen niebezpieczeństw żywot w górach. 

W tej pięknej i poruszającej opowieści o psie nie mogło oczywiście zabraknąć także ludzi, tych wspaniałych, jak Lucas, i złych - jak hycel, nie chcący dać za wygraną. To właśnie ludzie, wbrew wszystkiemu, stanowią centrum świata Belli. Ta słodka, mądra sunia o wielkim sercu udowadnia swymi upartymi dążeniami, by odnaleźć opiekuna, jak bardzo psy kochają ludzi i jak mocno czują się z nimi związane. A także jak, niestety, zdane są na naszą łaskę i niełaskę. Nie wszyscy, których Bella spotyka na swej drodze, robiąc Do Domu, są dobrzy jak Gavin i Taylor. To przykre, ale także bardzo prawdziwe, że ten kochany psiak w pewnym momencie zmuszony jest przestać bezgranicznie ufać ludziom i nauczyć się odróżniać dobro od zła.

Ta książka wciąga niczym dobra powieść przygodowa i potrafi bardzo wzruszyć niczym klasyczny dramat. Wzbudza i śmiech, i łzy (osobiście najbardziej rozkleiłam się przy rozdziałach z Axelem). Przygody Belli to must read wszystkich miłośników psów i wszystkich zwierzolubów, ale myślę, że może to być wspaniała lektura dla absolutnie każdego. Ja jestem tą książką po prostu oczarowana.

Mam też nadzieję, że ta powieść, oprócz dostarczenia świetnej rozrywki na dobrym poziomie, skłoni również do refleksji nad naszą odpowiedzialnością za los zwierząt i uwrażliwi na dolę tych bezdomnych, bo to olbrzymi problem, którego niektórzy zdają się, niestety, w ogóle nie dostrzegać.


O   P S I E,   K T Ó R Y   W R Ó C I Ł   D O   D O M U
(DOG'S WAY HOME)
W. BRUCE CAMERON
PRZEKŁAD: EDYTA ŚWIERCZYŃSKA
CYKL: BYŁ SOBIE PIES # 4
WYDAWNICTWO KOBIECE
2018

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

MIŁOŚĆ NA GWIAZDKĘ

MIŁOŚĆ NA GWIAZDKĘ to kolejna książka świąteczna, którą dane mi było przeczytać w minione święta. I nie będzie w tym przesady, jeśli powiem, że była to jedna z najlepszych świątecznych pozycji, która faktycznie bardzo umiliła mi końcówkę Bożego Narodzenia.

Święta kojarzą się z czasem spędzanym w gronie najbliższych. Zwykle starannie się je planuje i to z dużym wyprzedzeniem. A co, jeśli wszystkie plany wezmą w przysłowiowy łeb?

W małym pensjonacie Evergreen Inn w Vermont zbliżająca się Gwiazdka zapowiada się wręcz magicznie. O odpowiednią oprawę świąt dbają właściciele hoteliku, Jeanne i Tim. Nie uznając czegoś takiego jak półśrodki, dają z siebie wszystko, by na ten czas nadać swemu pensjonatowi wyjątkowego charakteru. Przytulne wnętrza wypełniają więc wspaniałe świąteczne ozdoby a z kuchni dolatują kuszące zapachy potraw, tworzonych przez panią domu. Przygotowania do Bożego Narodzenia są tym intensywniejsze, że w hoteliku dodatkowo ma odbyć się ślub!

Jednak ten uroczy świąteczny obrazek ma również swoją drugą stronę: w jego cieniu kryje się pewien problem, który dręczy właścicieli pensjonatu. Są to bowiem prawdopodobnie ostatnie święta, jakie dane im będzie tutaj spędzić. Włożyli w to miejsce dużo czasu, pracy i serca, lecz po latach stają oko w oko z plajtą. Ale nawet w tej sytuacji nie szczędzą wysiłków, by stworzyć swym gościom Gwiazdkę jakby rodem ze świątecznych piosenek.

Jeanne i Tim nie przewidzieli tylko pewnych znaczących przeszkód. Żeby nie rzec - katastrof! Pierwszą, decydującą, jest burza śnieżna. Drugą - odwołanie ślubu. Z oboma problemami wiąże się mnóstwo komplikacji, z odcięciem pensjonatu od świata na czele. Załamana porzucona narzeczona, brak zamówionego cateringu, niespodziewani, przemarznięci goście - cały szczegółowy plan wspaniałych świąt zdaje się walić w gruzy. Ale czy na pewno?

Nie ma tego złego... jak mówi kolejne przysłowie, a MIŁOŚĆ NA GWIAZDKĘ to historia, która je potwierdza. I dotyczy to wszystkich, którzy z różnych powodów znaleźli się w pensjonacie. Molly, autorka bajek dla dzieci, zamierzała tu odnaleźć wenę, by dotrzymać terminu oddania swej nowej książki. Marcus wraz ze swymi córeczkami oraz starszy pan z brytyjskim akcentem, Godwin, utknęli w pensjonacie przez przypadek z powodu śnieżycy. Podobnie jak niedoszła panna młoda, Hannah, czy Luke, wnuk poprzedniej właścicielki domu. Wszyscy oni są zmuszeni spędzić święta w swoim gronie i z góry wiadomo, że wyjdzie im to zdecydowanie na dobre :)

MIŁOŚĆ NA GWIAZDKĘ to książka, w którą na fali świątecznej atmosfery po prostu wsiąkłam. Urzekł mnie pensjonat i jego wręcz idylliczny klimat. Przemawia do mnie wizja spędzenia świąt w miejscu z dala od zgiełku świata, w malowniczej, spokojnej okolicy, gdzie nie brak nie tylko śniegu, ale i miękkiego fotela przy ciepłym kominku i całej góry smakołyków. Miejscu, gdzie można się poczuć po prostu dobrze. Evergreen Inn wydaje się pod tym względem idealny. Przy tym autorka ma tak przyjemny, lekki styl, że chociaż nie przepadam w książkach za zbytnim zagłębianiem się w detale, dałam się oczarować opisom wystroju hoteliku, pięknej okolicy czy smakowitości, co rusz wyłaniających się z kuchni Jeanne.

Ale sama magia urokliwego pensjonatu na uboczu pewnie by tak nie podziałała, gdyby nie bohaterowie tej powieści. To w większości przypadkowe i dość zróżnicowane towarzystwo. Jedni dają się lubić od razu - jak Luke czy  Marcus i jego córeczki, innym - jak Godwinowi - trzeba dać troszkę czasu. Wszystkim koniec końców udziela się świąteczna atmosfera miejsca, w jakim się spotkali, która pozwala im poznać się bliżej - a niektórym odgrzać na nowo dawną znajomość ;) - i wspólnie świętować.

Podobało mi się jednak, że pomimo dużej dawki słodkości, autorka raczy nas też paroma kroplami goryczy, przypominając, że życie to jednak nie bajka i nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli, a o szczęście, a właściwie chwile szczęścia, przeważnie trzeba zawalczyć.

MIŁOŚĆ NA GWIAZDKĘ już samą okładką obiecuje święta jak z bożonarodzeniowej pocztówki. I cóż,  nie kłamie. To może trochę wyidealizowana i naiwna, ale bardzo klimatyczna, rozgrzewająca opowieść, która uzmysławia, że święta, mimo niewątpliwie pięknej otoczki, to w gruncie rzeczy ludzie, z którymi się je celebruje, a w samym celebrowaniu chodzi głównie o dzielenie się i bycie razem.

Książka Colleen Wright być może nie trafi do świątecznego kanonu, ale stanie się pewnie pozycją, po którą niejeden czytelnik z przyjemnością sięgnie w okolicach Bożego Narodzenia. Przyda się też na pokrzepiającą lekturę w sam raz na długą zimę, jaka zawsze czeka nas po świętach. Jeśli lubicie ciepłe historie, pełne świątecznych barw, zapachów i życzliwości, w których rozbrzmiewa dziecięcy śmiech, kolędy i dzwonki przy saniach, dajcie się zaprosić do Evergreen Inn :)


M I Ł O Ś Ć   N A   G W I A Z D K Ę
(THE WHITE CHRISTMAS INN)
COLLEEN WRIGHT
PRZEKŁAD: AGNIESZKA MYŚLIWY
BURDA PUBLISHING MEDIA
2018

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Burda.